Fantasy · 7 min czytania
Fonkfoot i smocze jajo: spotkanie z bandytami
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Nie było wielkim zaskoczeniem gdy grupa oprychów zagrodziła im drogę. Oczywiście! W końcu tych dwoje ma takiego kaca, że oddychanie sprawia im kłopot! Kto by się spodziewał, że napadną ich bandyci?! Fonkfoot szybko omiótł ich wzrokiem. Sześciu. Dwóch po lewej dwóch po prawej dwóch naprzeciw. Aż ciekawe czy w takich kierunkach będą uciekać gdy dowiedzą się, iż trafili na magów... i to aż trzech. Odkąd trakt nie jest patrolowany przez straż bandyci stali się zagrożeniem dla słabo zabezpieczonych kupców i migrujących artystów. Magów bali się jak... ognia. – Nazywam się Sir Tiacobs Kelvermeker vel Cassporen’dheg IV – rzekł bez ogródek szczupły mężczyzna naprzeciwko nich łamiąc się w pasie i wymachując dużym kapeluszem z pawim piórem – będą panowie łaskawi zauważyć – ciągnął dalej prostując się i zakładając kapelusz – iż ziemia, a co z tym idzie również trakt na którym przyszło nam w chwili obecnej dyskutować moją są własnością i jako takie wymagają opłaty od przechodzących tędy dżentelmenów. Zawartość waszych sakiewek mości panowie powinna wystarczyć. – Nie mamy w zwyczaju dyskutować z bandziorami, obawiam się że z sakiewek nici – odparł Fonkfoot serwując wielki sarkastyczny ukłon. – Ach cóż za paskudny nawyk tak przyjaznego gospodarza szykanować wać panie! – Splunął jak ktoś niegustujący w kobietach – Musi wać pan wiedzieć, iż mój pra praojciec Sir Tiacobs Kelvermeker vel Cassporen’dheg I zakupił te włości od samego króla, jak las tu jeszcze nie stał! A że ród mój od wieków znany z wiary we świętość królewskiego słowa, toteż umowa nie spisana! – Tłumaczył Tiacobs silnie gestykulując. Fonkfoot próbował mu przerwać, lecz ten tylko podniósł głos.– Lecz nowy król nie uszanował tegoż układu! Ojca mego kłamcą i bandytą oczernił! Kłamcą i bandytą! – Podkreślił i wykonał gest jakby miał omdleć ze zniewagi. – Straży palisadę naszą kazał rozebrać, dom zburzyć, a mnie, braci moich i ojca wypędził z własnej ziemi! – Towarzyszące mu oprychy zaczęły potakiwać głowami pomrukując. Jednemu oczy zaszły łzami. – Obrażają nas! Nazywają banitami! Złodziejami! Tfu! – Splunął – Ale my nie szczury! Nie damy się wypędzić z tego co nasze od pokoleń! A, że opłatę bierzemy... bierzemy, bo i prawo mamy takie. A, że za dużo... za dużo! Lecz to nas okradli, my tylko to co nasze chcemy odzyskać. Dom odbudować. Więc jak was kto spyta to mówcie, że to rząd wam sakiewkę ukradł! Nie ma w tym lesie bandytów. Bandyci, szanowni panowie, po zamkach się bunkrują. – To naprawdę bardzo ładna historia panie Jacobs... – Tiacobs! – ... Panie Tiacobs – poprawił się bez entuzjazmu Fonkfoot – i z pewnością dostanie pan za nią nie jedną darmową kolejkę, ale obawiam się, że nie mamy zamiaru dzielić się naszymi pieniędzmi, a czas goni tak więc... – Zniewaga! Panowie nie płacą to nie przechodzą! Ja i moich sześciu braci nie z tych co zwady się boją! – A nie pięciu braci? – Ach moc przyzwyczajeń! Było sześciu, lecz Eliot idiota konia po pijaku prowadził – pozostali bracia zdjęli kapelusze i pokiwali ze smutkiem głowami – I niech waść mość nie myśli, że ja z tych co obrazę mimo uszu puszcza! – Wyjął szpadę i zamachał nią w powietrzu. – Taki z ciebie szermierz jak ze mnie flecista – włączył się niespodziewanie Pazdionmax. Fonkfoot zauważył w nim poprawę: jedno oko było już…