Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

filozofia · 12 min czytania

Grubasek cz.2 ( R: I PodR 3 i 4)

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

3

Wyszedł z łazienki radosny i odświeżony. Dalej w piżamie. Kiedy pokonując kilka kroków stanął przy drzwiach do swojego pokoju, spojrzał na ojca, który przeglądał się w lustrze w przedpokoju. Poprawiał właśnie kruczoczarny krawat nałożony na białą jak śnieg koszulę, potrzepał dłońmi po szarej marynarce (brzydkiej, szorstkiej, niewygodnej, ale wszyscy je nosili i wszyscy uznawali to za elegancję), po czym sięgnął po kapelusz i prochowiec. Wpierw założył płaszcz, a potem, kiedy upewnił się, że wygląda „elegancko”, „bogato” przyodział równie szary, co marynarka, kapelusz.

- Tatusiu? Zjadłeś już jajecznice? - Ta. - A wypiłeś już kawę?

Teraz Seweryn już nie odpowiedział. Blado, jakby nikogo prócz niego w mieszkaniu nie było, patrzył w swoje oczy odbite w „srebrnym szkle”. Złapał za teczkę i prostując się, niczym robot, otworzył sobie drzwi wejściowe i wyszedł przez nie na korytarz bez słowa. Chociaż! Przepraszam za błąd. Trzasnął nimi tak mocno, jakby chciał coś przez to powiedzieć. Nie wiem tak naprawdę co, ale jednak coś, więc pisanie, że wyszedł bez słowa byłoby kłamstwem. Ordynarnym niedomówieniem. Młody grubasek wzruszył ramionami.

Pięć minut później, czyli około wpół do ósmej rano, ubrany w swoje wielkie, dżinsowe spodnie, podkoszulek z logiem firmy herbaty dietetycznej „CENTYMEX”, którą dostał rok temu za zakup pięciu opakowań tegoż czaju, i rozsuwanej, zielonej bluzie z kapturem, którą dostał od świętej pamięci babci na urodziny, stał już przy zlewozmywaku i energicznie zmywał naczynia. Nie było ich dużo, ale to był jego rytuał. Wiedział, że rodziców trzeba szanować, dlatego zawsze to on zmywał w domu.

Matka jego, Sylwia, wiecznie powtarzała, że nie będzie się trudzić zmywaniem, bo to „grubas” je najwięcej i to on powinien zmywać te wszystkie talerze. Sebastian dobrze wiedział (domyślał się), że ona tylko tak żartowała, ale jakimś dziwnym trafem nagle polubił zmywanie. Lub raczej, polubił pomagać matce. Zawsze rano i wieczorem zmywał naczynia po rodzicach, a potem dopiero albo kładł się spać, albo pakował plecak i szedł do szkoły.

Po zmywaniu po ojcu naczyń, wytarł serdelkowate ręce o spodnie i ruszył do pokoju. Nie zaczął jeść, jak to bywa u otyłych ludzi. Ba! Nawet u normalnych. On w rzeczywistości jadł bardzo mało.

Sebastian miał jeden problem związany ze swoją otyłością. Bo oczywiście stan jego przedawkowania tłuszczu już jest problemem, ale, od kiedy pamiętał, wyróżniał się z tłumu swoim cielskiem. Już pierwsze wspomnienia, na przykład, kiedy zgubił się w lesie na kilkanaście godzin, kiedy to spędzał wakacje z rodzicami, a potem sam jakimś zbawiennym dla niego cudem znalazł drogę powrotną do śpiących słodko w namiocie opiekunów, albo kiedy wpadłszy do rzeki, również na wakacjach ( tym razem tylko z ojcem), przepłynął kilkanaście kilometrów i złapał się powalonego drzewa, samemu wykaraskując się na brzeg, a potem czekał przemoczony na piasku, aż spacerkiem ojciec podejdzie do niego – wszystkie te wspomnienia były już za życia „grubasa”.

Był kulką, potem zaczął rosnąć i się rozlewać. Po prostu zawsze był gruby. I to był problem. Nie ważne było ile je, czy raczej ile nie je. Czy zjada kanapkę dziennie, czy pięć. Czy wypija butelkę wody czy szklankę. Sebastian Koń, AK. Słoń, nie mógł schudnąć i pogodził się z tym już, kiedy miął dziesięć lat. Nie znaczy to, że zaczął jeść na potęgę. Jadł równie mało, co podczas rozpaczy z otyłością związaną, ale teraz już go tak bardzo to nie martwiło.

W pokoju złapał za plecak poobszywany własnoręcznie w materiałowe podobizny ulubionych piłkarzy, aktorów i muzyków z całego świata. Byli tam znani wszystkim Zidane, Pit, DiCaprio, Timberlake, Rydel, ale i mniej znani, jak Smolarek, Olisadebe, Damięcki i Zakościelny. Sebastian nie wybierał. Nie klarował całej rzeszy naszywek i nie przyszywał wybranych. Kiedy po prostu jakaś wpadła mu w łapy, a nie była obraźliwa i wulgarna, to przyszywał ją do plecaka i tak od niecałego roku, bo tyle chodzili do swojego gimnazjum, miał już kilka na koncie. Jak też pisałem, złapał za plecak, sprawdził na papierowym planie zawieszonym na drzwiach, czy aby na pewno dobrze się spakował, po potwierdzeniu informacji zasunął suwak i założył torbę na plecy. Była wczesna, jeszcze zimą zalatująca wiosna, więc kurtka była zbędna.

Po cichutku zamknął drzwi od pokoju, bo nie był pewien, czy jego mama śpi, założył buty i uchylił drzwi na korytarz. Odmówił sobie śniadania, utwierdzając się w przekonaniu, że jeśli przyjdzie dzień, w którym zacznie chudnąć, to będzie przygotowany.

- Mamusiu? Spisz? – rzekł w przestrzeń normalną tonacją głosu. - Nie do cholery! Czuwam! – usłyszał w odpowiedzi stłumiony zamkniętymi drzwiami jej głos. - Mamo – rzekł rozweselony. – Dobry humor się ciebie trzyma. – I zachichotał delikatnie.

Sylwię złapała jakby furia i przy akompaniamencie „przezzębnego” wrzasku coś z impetem uderzyło w drzwi od wewnątrz. Sebastian zląkł się niewiele, utkwił wzrok w miejsce grzmotu i zastygł. Musiało minąć kilka sekund, aby mógł się odważyć na choćby oddech.

- Mamo? Będę dzisiaj trochę później – zakomunikował niespokojnie. - A nie można dużo później? – odpowiedziała przedrzeźniając jego delikatny i wysoki od przechodzącej mutacji głos i opóźniony sposób mowy. - Nie wiem? – odparł zaskoczony. – Jeśli chcesz… mogę wrócić później. Coś wymyśle. - Już lepiej wróć, o której masz wrócić grubasie, bo wszyscy wiedzą czyim synem jesteś. Jeszcze tego by brakowało, abyś się szwendał jak… no jak ty! Ludzie gadać zaczynają, wiesz?! - Wiem mamo. Mówiłaś mi to już.

Nastało milczenie. Sebastian ucieszony przyzwoleniem na zostanie dłużej w szkole, bo taki miał zamiar, gdyż dzisiaj jest kółko poetycko – literackie, wyszedł jak duch, robiąc dokładnie tak samo mało hałasu.

4

Ulice Hannina wrzały od harmonii. Ci sami, bliźniaczo ubrani przechodnie, jak co dzień mijali się ramię w ramie, każdy pędzący swoją drogą do pracy. Równi sobie niczym…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%