Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Filozofia · 7 min czytania

Gruby Burns

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Gruby Burns

Pierwszy raz spotkałem Grubego Burnsa na przyjęciu u Groszka. Dym gęsty, że aż przyjemny, unosił się między nami, a my trwaliśmy jakoś tak leniwie, niczym w letargu. Rozmowy nam się kleiły (bardzo było duszno i wilgotno), toczone zresztą flegmatycznie, tak jak przelewa się koncentrat krwi z menzurki do menzurki. Wypatrzyłem dość wcześnie Burnsa wśród pozostałych gości, ale w zasadzie nie wiem, co skłoniło mnie do zainteresowania się jego osobą. Był zaniedbany, nieogolony, tłusty, spocony i pijany – stanowił niezbyt apetyczną figurę towarzyską. Łypałem cały czas na niego kątem oka, choć póki co nie miałem odwagi, a może ochoty podejść. Wiem, chyba brakowało mi bodźca. Tak, to było to. Stał cały czas w tym samym kącie, koło akwarium z bojownikami. Taki był Groszek – uwielbiał patrzeć, jak te ryby się zabijają, jak powoli stają się wrakami tego, czym były, gdy przychodził po nie do zoologicznego. Jak jeszcze żyją, choć sprawiają wrażenie poszarpanych zwłok. I jak już nie żyją, a glonojad obskubuje ich martwe ciała z cienkiej warstwy osadów i szlamu. A może właśnie ciała skubał? W każdym razie stał tam Burns, niczym niewzruszony i jakoś natrętnie prawdziwy wśród nas, jakby lekko zawsze zachwianych między prawdą, a quasi – prawdą. Trochę jak poczwarka pełzająca wśród powyrywanych, kolorowych skrzydeł motyli. Choć Groszek postarał się o rozmaite doskonałe jak i pospolitsze trunki, Gruby co jakiś czas wyciągał zza pazuchy własną piersiówkę i pociągał uczciwego chełsta. Z nikim nie rozmawiał, za to patrzył. Patrzył dużo i śmiało. Zwłaszcza na dekolty pań. Wcale się z tym nie krył i to wydało mi się bardzo zacne i uczciwe. Polubiłem go za to gapienie. O wiele bardziej prawe, niż by się komuś mogło wydawać. Gdzieś tak około godziny 23, kiedy już całkiem zatraciłem się w tym lewitującym świecie M3 Groszka, kiedy rzeczywistość znaczyła – my, kiedy prawda znaczyła – nasze słowo, kiedy już wiedziałem, że mógłbym tam pozostać po wsze czasy, gdy już alkohol upoił mnie kojąco i mogłem zapaść się w gnieździe najznakomitszej iluzji Groszka, zobaczyłem, że Burns, pierwszy raz tego wieczoru, z kimś rozmawia. Podszedł do niego Hamciu. Zamienili parę zdań, a może tylko postali razem – nie wiem. Nie widziałem dokładnie, a nie chciało mi się za nic ruszać z miękkiego, zakurzonego fotela. Jakiś czas później, gdym już prawie zasypiał, zamajaczył nade mną czyjś kształt. Wyregulowałem ostrość widzenia, na ile byłem w stanie. To Gogo. Spojrzał na mnie jakby z małym powątpiewaniem, które płynnie przeszło w smutek. -On zaraz będzie szedł. Idź z nim. Z Burnsem. -Nie mogę. -Dlaczego? -Nie znam go. -A, racja... Spojrzeliśmy po sobie. -Zbiera się. Idź już. Wstałem, pożegnałem uprzejmie i szczerze, ale nie wylewnie, Groszka i wyszedłem do klatki za Burnsem. -Idę z tobą, mogę? – starałem dotrzymywać mu kroku, choć nie było to łatwe. Strasznie dziwne – gdybyście ujrzeli go tak idącego z okna – nigdy byście nie pomyśleli, że porusza się tak prędko, bo nie było w jego chodzie nic z pośpiechu. -Hy... – nie wiem, zaśmiał się

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%