Komedia · 5 min czytania
Historia krótka
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Wpłynęłam majestatycznie na przestwór przedpokoju. Pobielone ściany falowały podejrzanie, więc zatrzymałam je rękami. Okiełznałam też podłogę, siadając na niej. Trochę jakby się uspokoiła, ale nie całkiem. Spróbowałam wstać. Ups… Wykonałam kilka niepewnych gibnięć do przodu i do tyłu, zanim udało mi się złapać jaką taką równowagę. Trzeźwości! dodaj mi skrzydła! – mruknęło mi coś gdzieś tam i ostrożnie uczyniłam krok do przodu. – To się wzbija… - Uczyniłam drugi krok - … to w głąb wali! – Nogi mi się nagle poplątały i rymnęłam na dziób, a Mickiewiczowskie echa, grzmiące mi w duszy, umilkły wreszcie. - Ojaciękurwa… – wysiliłam się na komentarz. Następnie uczyniłam gigantyczny wysiłek i na czworakach przepełzłam do swojej pieczary. Byłam sama w domu, zatem fakt mojego uchlania się nie szkodził na razie nikomu. Przypomniałam sobie z goryczą powód mojego zalania się w czarnoziem i zrobiło mi się gorzej. Dwa dni temu, rechocąc złośliwie, profesor wpisał mi do indeksu niedostateczny, burząc tym samym moje nadzieje na wakacyjne obijanie się. Poprawka! Złowieszcze słowo pojawiło mi się w głowie i zakotwiczyło w świadomości na mur, nie dając chwili spokoju, nic dziwnego zatem, że galopem popędziłam szukać ukojenia w ramionach procentów. Białe punkciki latały mi przed oczami, spróbowałam więc skupić wzrok na czymś i pech chciał, że był to akurat mój nieszczęsny indeks z owym palącym niedostatecznym w środku. Poderwało mnie na ró… no, na nogi mnie poderwało. Otóż nie! Nie będzie mną pomiatał jakiś nędzny profesorzyna! Z błyskiem szaleństwa w oku, niemal trzeźwiejąc z oburzenia, otworzyłam szafę, prawie wyrywając drzwi z zawiasów. Wbiłam się pomiędzy zimowe palto a jakąś białą sukienkę letnią, i po omacku odszukałam przycisk. Wzięłam głęboki wdech i zdecydowanie wcisnęłam guzik. Szafa zachrobotała niechętnie, poczułam specyficzny ucisk w żołądku i winda ruszyła w dół. Gniotłam się przez chwilę razem z moją odzieżą i już zaczynało mi się robić duszno, kiedy szafa wreszcie się zatrzymała. Z niewysłowioną ulgą otworzyłam drzwi, wyplątałam się z jakiegoś szalika, zrzuciłam z siebie kapelusz i prawie wlazłam w diabła. - O! – ucieszyłam się i widząc, że zbiera się do ucieczki, chwyciłam nieszczęśnika za kołnierz. – Pomożesz mi. Prowadź mnie do szefa! Zrezygnowane diablę ruszyło przed siebie, a ja za nim. Dość szybko doprowadziło mnie do szałowej, wyrąbanej w kosmos rezydencji. Na tempo wpłynęła zapewne szaleńcza chęć pozbycia się mojego towarzystwa, wyznać…