Fantastyka · 7 min czytania
I część.
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Ostatecznie przecież mógł się nad nim nikt nie zatrzymać, mógł się nad nim nikt nie pochylić, nie pomóc. Mogło, ostatecznie zabraknąć człowieka z dobrym sercem. Bracia zakonni przecież od dłuższego już czasu pomstowali, że ludzie żyją jak zwierzęta wyrzekając się dobra i sprawiedliwości. Zastanawiające jest tylko to, czy narzekali tak, z jakiegoś głębszego powodu, niż braki datków, czy może tylko o to chodziło… Suma summarum - ludzie mieli być źli, niezdolni do współczucia i bezlitośni. Mieli mordować potrzebujących pomocy i tych, którzy zupełnie jej nie potrzebowali , mieli gwałcić cnotliwe niewiasty a także te, które wiek cnotliwych białogłów miały już za sobą. Mieli wszczynać bójki zarówno w gospodach szanujących klienta, portowych mordowniach i kościołach. Nieszczęśni ludzie mieli ze skóry obdzierać tych nieszczęsnych ludzi, którzy skórę ową mieli innego koloru. Ogólny smród, bród i zarazy miały masowo przyśpieszać koniec bytowania - zarówno pojedynczych jednostek jak i całego świata. Każdy katar przecież mógł być oznaką kary boskiej która zdziesiątkować, w założeniach, miała naród ludzki. Na każdej, większej lub mniejszej uliczce , zarówno w miastach jak pomiędzy wiejskimi chałupami krążyli wariaci obłąkani wizją zbliżającego się niechybnie końca świata . Jakby samego widoku owych obszarpańców było mało - ich brudnych szmat , brudnych twarzy i rąk, bosych, nienaturalnie sinych , odmarzniętych stóp, widoku braku uzębienia , pijackich rumieńców i błędnego spojrzenia- wszyscy ci narodowi wieszcze cierpieli na jedną, wspólną chorobę, pogłębiającą się wraz z powiększaniem się ilości wypitego piwa - przewlekłe, nieuleczalne gadulstwo. Tematem mogło stać się wszystko, wraz z rozmiarem biustu córki karczmarza, myszami na podłodze i deszczem za oknem chociażby i ostatnio spotkany dzieciak bez ręki. Nie trudno się domyśleć, że wszystko mijane po drodze było złem wcielonym, pomiotem szatana i wszelakich nieczystości z piekła rodem. A jednak. Karoca zaprzęgnięta w dwa białe konie turkotała na trakcie , skrzypiała, gdy konie naprowadziły koła na kamienie wystające spomiędzy piachu. Zapewne w środku nie siedziała żadna głowa ozdobiona koroną, ani nawet diademem. Ale znowu, kiedy ktoś porusza się w karocy świadczy to o tym, że byle karczmarką nie jest. Terkoczący środek transportu minął leżącego przy drodze mężczyznę i byłby nie zatrzymał się w ogóle gdyby nie damski krzyk wydobywający się zza okienka. - Stać! Stój, stój! - uderzała dłonią w szybkę wmontowaną w drzwiczki. Powóz zatrzymał się kilka metrów dalej, konie rżały . Ubrany w czyste, ale nie wystawne odzienie mężczyzna zeskoczył z kozła, skłonił się otwierając drzwiczki. Z perspektywy leżącego przy drodze, poturbowanego człowieka osoba która z drzwiczek wyszła była aniołem, kwintesencją dobra i piękna. Za daleka, by jej dotknąć. Zbyt ciche dźwięki udawało mu się z gardła wydobyć, by udowodnić, że istnieje. Leżał w rowie od kilku już godzin, w chłodzie, głodny i krwawiący, obolały i skrzywdzony. Gy nachyliła się nad nim, stracił przytomność.
**
W życiu znajdował się w większych pokojach, nawet salach zamkowych. Pięknych , przystrojonych komnatach. W zakonnych , ciasnych celach. W szpitalach i burdelach. Ale ten jeden , jedyny pokój zapamięta na wieki. Ze snu , który trwać musiał przynajmniej jedną noc wybudził go nagły, silny ból - zarówno pleców jak i ręki. Krzyknął tłukąc pozostałości szklanej tafli snu w swej świadomości. Mężczyzna w białej szacie pochylał się nad nim…