Melodramat · 11 min czytania
Idzie Wiosna, rozdział 42.
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
…po wyjściu z izby chorych, - westchnąłem, bo znów powróciły te wspomnienia, które ostatnio tak natarczywie mnie nachodziły - gdy wróciłem po dwóch tygodniach pobytu w tym niby-szpitaliku, w tym miejscu, w którym są przetrzymywani w wojsku chorzy, w miejscu, w którym wynudziłem się do granic możliwości, w miejscu, gdzie miałem wystarczająco dużo czasu by sobie to wszystko dokładnie przemyśleć… Przemyśleć na spokojnie, niemal rozbierając wydarzenia z tego niezwykłego jednak dnia na szczegóły, na poszczególne, następujące po sobie zdarzenia, zastanowić się co mam dalej robić, jak się teraz, gdy tylko w końcu będę mógł wyjść na miasto, jak mam się zachować gdy wyjdę wreszcie na przepustkę. Nawet teraz, gdy szedłem trzymając Joannę za rękę, gdy to Joanna a nie Agata była ze mną, gdy razem szliśmy nie odzywając się do siebie, szliśmy powoli, nie spiesząc się lekko pnącą się w górę uliczką w stronę nadmorskiego parku myślami byłem zupełnie gdzie indziej. Znów, zupełnie nie mając na to wpływu widziałem wydarzenia, które rozegrały się przecież wiele lat temu.
* * * Tak się niefortunnie złożyło, że niemal od razu, że już pierwszego dnia na kapeli nie dość, że podpadłem szefowi, to jeszcze i moja przepustka wylądowała w sejfie „Bażanta”. W sejfie dowódcy naszej kapeli. Poszło o jakąś duperelę, o jakąś w zasadzie nieistotna rzecz. Nieistotną, choć równie dobrze można to było podciągnąć nawet i pod celową dewastację mienia wojskowego. Gdyby tylko Bażant chciał, to mógłby mnie udupić, mógłby to rozdmuchać i zrobić z tego aferę. Mógłbym ponieść surowe, zupełnie nie adekwatne do tego co zrobiłem konsekwencje. Z nudów, nie mając co popołudniami robić na izbie chorych, gdzie po piętnastej niemal nikogo już nie było i nawet specjalnie nie miałem do kogo tam gęby otworzyć a na znajdującą się o dwa piętra wyżej kapelę nie wolno mi było wyjść zabawiałem się kulką z łożyska. Ciężką, stalową kulką z jakiegoś starego, rozsypanego łożyska. Nie wiem skąd ta kulka się tam wzięła, nawet specjalnie nie pamiętam gdzie ją znalazłem i jak tam, na izbie chorych weszła w moje posiadanie bo przecież musiała pochodzić z jakiejś naprawianej, ogromnej maszyny. Ktoś z kompani technicznej może ją tam przywlókł, ktoś kto był tam przede mną i zapominając o niej ją zostawił. Gdzieś ją, całkiem przypadkowo znalazłem i w taki to właśnie sposób teraz ja wszedłem w jej posiadanie. Po powrocie z izby chorych chciałem wyjść na przepustkę, bo po tych dwóch, wyjątkowo długich tygodniach izolacji miałem trochę spraw do załatwienia. Chciałem się też, a może i przede wszystkim spotkać z Agatą, planowałem do niej pojechać ale szef, drugi po dowódcy człowiek na kapeli, z którym to przecież zawsze byłem w dobrych układach, oburzony tym, że zapisałem się na przepustkę, że jeszcze dobrze nie wróciłem a już chcę gdzieś iść i widząc moje nazwisko w książce wydarł się, że jeszcze dobrze nie wyzdrowiałem a od razu czegoś chcę. Szlak go wręcz trafił i wrzeszczał na całą kapelę, że jak na przepustkę to zawsze jestem pierwszy a jak były grania, to nie było komu grać, to mnie wtedy nie było, bo przecież sobie chorowałem. Był wściekły na to, że akurat teraz się urwałem, że akurat właśnie teraz, dziwnym trafem bo nie chciałem godzinami na placu apelowym ćwiczyć z orkiestrą musztry paradnej, że akurat teraz, gdy orkiestra przygotowuje się do przeglądu, to ja się w dziwny sposób rozchorowałem, i że rozwaliłem mu cały harmonogram zajęć. Fakt, że beze mnie raczej trudno było pracować nad poszczególnymi układami i dobrze wiedziałem, że szef chcąc się akurat w taki sposób na mnie zemścić nie dał mi tej cholernej przepustki. Wściekły na cały świat uwaliłem się na swoje wyro i leżałem gapiąc się bezmyślnie w sufit. Cholera mnie brała, że nic się nie zmieniło, że nadal jestem uziemiony tak, jak na tej głupiej izbie chorych, tylko że teraz leżę dwa piętra wyżej. Z nudów sięgnąłem po swój instrument leżący w futerale pod łóżkiem, jak zawsze w tym samym miejscu, wciśnięty w kąt, pod samą ścianę tak, by niepotrzebnie nie rzucał się w oczy. Nie powinien leżeć tu ale stać w Sali Instrumentów, w przeznaczonym na to regale ale to był mój prywatny a nie wojskowy saksofon. Z tej tylko racji, że był to dobry, markowy instrument, a takich wtedy brakowało na kapeli miał przywilej tu, w wojskowej przecież orkiestrze być. Tak prawdę mówiąc, to ja, jako jeden z nielicznych… z bardzo nielicznych miałem na kapeli jakieś tam przywileje. Gdyby nie to, że w tym co robiłem byłem dobry, że nie było wtedy nikogo, kto mógłby się ze mną mierzyć to pewnie już dawno wyleciałbym z kapeli na zbity pysk. A czasem się tak zdarzało, i to w stosunku do tych ze służby czynnej, którzy z pewnością stwarzali zdecydowanie mniej problemów niż ja, że nagle, całkiem niespodziewanie byli przenoszeni z orkiestry na inne pododdziały. Potrafiłem zaszaleć, podokuczać wszystkim robiąc sobie jakieś głupie żarty nie tylko ze swoich kolegów ale i z trepów, z muzyków w służbie zawodowej, których kunszt muzyczny najczęściej był przedmiotem moich niewybrednych docinków. Tylko ja byłem zdolny do tego by zrobić jakiś przypał, czasem beznadziejnie wręcz głupi i tylko dlatego może nie…