przygoda · 10 min czytania
Inspiracje - Brus Chatwin 'Pieśń stworzenia'
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
{i}„- A pracował pan kiedyś? - Tak, próbowałem”{/i}
Śnieg kurzył coraz mocniej za kołnierz. Z szarówki, która towarzyszyła cały dzień, powietrze bezszelestnie weszło w noc. Mróz był wszędzie. Buty grzęzły miarowo w bieli: skrzyp szur szur szur, skrzyp szur szur szur. Biel też była wszędzie, pod stopami, przed oczami; przybierając kształt zmrożonego kryształu, wypełniała puste miejsca w przestrzeni, które jeszcze nie stały się jej łupem. Zbierała się w czapy na plecakach i na czapkach w stożki. Mimo, że w lesie zaległo mgliste i wypełnione padającym śniegiem powietrze, oddychało się dobrze. (Na wysokości 1200 m n.p.m. zawsze oddycha się dobrze.) Strach. Tak. Coś pewno czaiło się w lesie, bo cóż by to był za las, gdyby nocą nie żył pieśnią swoich zwierząt, drzew i wszelakiego niewymienionego życia. Coś pewno czaiło się w ciemności , stąpało na czterech łapach i żarzyło ślepiami, pozostawało jednak niezauważone, poza zasięgiem źrenic, naszych źrenic. Zwłaszcza, że światło z supernowoczesnej latarki, na wskroś jakby pochodni, rozświetlało drogę ciepłym blaskiem, zwielokrotnionym odbiciem od śniegu i dawało złudne poczucie ciepła i bezpieczeństwa. Może bestia tliła się w głowach i rozpalała wyobraźnię, ale twarze nie drgały ze strachu, a może i drgały, lecz w migotliwym świetle, refleksach śnieżnych płatków trudno było strach, wziąć za strach; łatwiej przyznać było, że to zmęczenie. Marsz odmierzały oddechy i miarowe wspomniane skrzyp szur szur szur, na cztery nogi, cztery dłonie i dwa nosy. Było w tym skrzypieniu słychać muzykę, takt do taktu umiłowanie dla ciszy, złożoności przyrody, siły natury i respektu połączonego z pasją i z podziwem. Ze śpiewem serca, romantyzmem natury, uwielbieniem dla ziemi, która pozwala stres, jak łuski, zrzucać z siebie stopniowo krok za krokiem. Tak, że z minuty na minutę stajemy się czyści i nadzy, władni, mocni, jędrni jaźnią i trzeźwi do nabrania odpowiedniego dystansu wobec siebie i życia. Aż się chce śpiewać, aż chce się bić, drwić, krzyczeć, że jest się zrodzonym; spełnionym; niespełnionym od nowa i znów raz jeszcze. S t w o r z o n y m. Właśnie wtedy, podczas pozornie monotonnego cichego szur szur; pośród mrozu i oparów żywicy; pośród myśli o czystej energii i przyjemności bycia tu i teraz, przypomniała mi się książka; dokument drogi: „ Pieśń stworzenia” podróżnika Brusa Chatwina. (Jeśli o mnie chodzi, pisarz jest bliski Kapuścińskiemu sposobem przedstawiania świata). A nagość zmieniła z wolna kolor skóry, zrobiła się szczerbata, wyrosły jej czarne kręcone loki. Miała odciski, ropnie na stopach i nadszarpnięte zębem czasu dłonie. Przepasana ledwo opaską, bosa, śpiewała pieśń stworzenia dla kolejnej odkrytej przez siebie rzeczy. I czegóż tam nie było obok niej. Woda, słońce, ziemia, piasek, skały czerwone jak heban. Kangur był, koala; pustynne jaszczurki i skowyt dingo; niemożliwy skwar w samo południe; i spokój nocnego czuwania zawieszonego pod Krzyżem Południa. Był wreszcie on sam, Aborygen. Siedział obok Brusa na ziemi w cieniu eukaliptusa i z namaszczeniem objawiał swój świat, swoją wiarę i wolę życia. Objawiał esencję, odkrywał serce z pietyzmem od wieków strzeżonej tajemnicy. Kreślił w piasku hymn dla wchodu słońca. W jego postawie, zmęczonych barkach , głowie przechylonej nieznacznie w prawo nie było zakłamania, skrywanej chytrości i ukrytego fortelu, który można w razie potrzeby wykorzystać. To była czysta uczciwość, czysta wola, nieskalana, choć zgwałcona przez lata w skutek zepchnięcia na margines rdzennych mieszkańców Australii - w wyniku, delikatnie rzecz ujmując, nieszczęśliwych zbiegów okoliczności. (W okresie wielkich kolonizacji Ameryka Północna stała się kontynentem pionierów, ziemią obiecaną, natomiast Australia – niestety - miejscem zsyłki, kontynentem więźniów i namiestników, kolonią karną). Wspomniany nie posiadał outdoorowych butów, ubrania z membraną i tego, bez czego europejczyk dwudziestego pierwszego nie potrafi sobie już radzić. Niemniej właściciel skóry ciemnej jak gorzka czekolada od Lindta, był wolny i jego duszy nie rozszarpywały na strzępy: brak czasu, budziki, ścisk w metrze, znienawidzona jazda podmiejskim, korki, domówki u „znajomych”, terminy, pogoń… pogoń za nie wiadomo (już) czym; za złudą, mistyfikacją narzuconego nam przez nie wiadomo kogo pościgu w próżnię. Tenże właśnie Aborygen, po otwarciu książki, kładzie rękę na ramieniu i wyrywa z potrzasku. Jak się okazuje, od tego się wszystko pieśnią stworzenia zaczyna i kończy stare. Bo Aborygeni wyśpiewali świat, nim ktokolwiek powiedział pierwsze słowo. I nie odwracają się za maruderami, trzeba dać sobie zaufać, i mieć dużo wewnętrznej siły, żeby za nimi nadążyć, ale potem… Książka tak właśnie mnie porwała, świeżością, prostotą i uczciwością; w spokój, który toczył się własnym, po części tajemniczym rytmem, siłą, wiarą i wolnością, która ściska za serce, ilekroć trzeba powrócić do normalnego świata. I to był ten…