Inspiracje - Brus Chatwin 'Pieśń stworzenia'
ciężko mi zaliczyć gatunek, bo ani to felieton, ani komentarz, bardziej to esej, a nawet bardzo, dlatego pozwolę sobie tekst zamieścić w dziale opowiadań ;)
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
{i}„- A pracował pan kiedyś? - Tak, próbowałem”{/i}
Śnieg kurzył coraz mocniej za kołnierz. Z szarówki, która towarzyszyła cały dzień, powietrze bezszelestnie weszło w noc. Mróz był wszędzie. Buty grzęzły miarowo w bieli: skrzyp szur szur szur, skrzyp szur szur szur. Biel też była wszędzie, pod stopami, przed oczami; przybierając kształt zmrożonego kryształu, wypełniała puste miejsca w przestrzeni, które jeszcze nie stały się jej łupem. Zbierała się w czapy na plecakach i na czapkach w stożki. Mimo, że w lesie zaległo mgliste i wypełnione padającym śniegiem powietrze, oddychało się dobrze. (Na wysokości 1200 m n.p.m. zawsze oddycha się dobrze.) Strach. Tak. Coś pewno czaiło się w lesie, bo cóż by to był za las, gdyby nocą nie żył pieśnią swoich zwierząt, drzew i wszelakiego niewymienionego życia. Coś pewno czaiło się w ciemności , stąpało na czterech łapach i żarzyło ślepiami, pozostawało jednak niezauważone, poza zasięgiem źrenic, naszych źrenic. Zwłaszcza, że światło z supernowoczesnej latarki, na wskroś jakby pochodni, rozświetlało drogę ciepłym blaskiem, zwielokrotnionym odbiciem od śniegu i dawało złudne poczucie ciepła i bezpieczeństwa. Może bestia tliła się w głowach i rozpalała wyobraźnię, ale twarze nie drgały ze strachu, a może i drgały, lecz w migotliwym świetle, refleksach śnieżnych płatków trudno było strach, wziąć za strach; łatwiej przyznać było, że to zmęczenie. Marsz odmierzały oddechy i miarowe wspomniane skrzyp szur szur szur, na cztery nogi, cztery dłonie i dwa nosy. Było w tym skrzypieniu słychać muzykę, takt do taktu umiłowanie dla ciszy, złożoności przyrody, siły natury i respektu połączonego z pasją i z podziwem. Ze śpiewem serca, romantyzmem natury, uwielbieniem dla ziemi, która pozwala stres, jak łuski, zrzucać z siebie stopniowo krok za krokiem. Tak, że z minuty na minutę stajemy się czyści i nadzy, władni, mocni, jędrni jaźnią i trzeźwi do nabrania odpowiedniego dystansu wobec siebie i życia. Aż się chce śpiewać, aż chce się bić, drwić, krzyczeć, że jest się zrodzonym; spełnionym; niespełnionym od nowa i znów raz jeszcze. S t w o r z o n y m. Właśnie wtedy, podczas pozornie monotonnego cichego szur szur; pośród mrozu i oparów żywicy; pośród myśli o czystej energii i przyjemności bycia tu i teraz, przypomniała mi się książka; dokument drogi: „ Pieśń stworzenia” podróżnika Brusa Chatwina. (Jeśli o mnie chodzi, pisarz jest bliski Kapuścińskiemu sposobem przedstawiania świata). A nagość zmieniła z wolna kolor skóry, zrobiła się szczerbata, wyrosły jej czarne kręcone loki. Miała odciski, ropnie na stopach i nadszarpnięte zębem czasu dłonie. Przepasana ledwo opaską, bosa, śpiewała pieśń stworzenia dla kolejnej odkrytej przez siebie rzeczy. I czegóż tam nie było obok niej. Woda, słońce, ziemia, piasek, skały czerwone jak heban. Kangur był, koala; pustynne jaszczurki i skowyt dingo; niemożliwy skwar w samo południe; i spokój nocnego czuwania zawieszonego pod Krzyżem Południa. Był wreszcie on sam, Aborygen. Siedział obok Brusa na ziemi w cieniu eukaliptusa i z namaszczeniem objawiał swój świat, swoją wiarę i wolę życia. Objawiał esencję, odkrywał serce z pietyzmem od wieków strzeżonej tajemnicy. Kreślił w piasku hymn dla wchodu słońca. W jego postawie, zmęczonych barkach , głowie przechylonej nieznacznie w prawo nie było zakłamania, skrywanej chytrości i ukrytego fortelu, który można w razie potrzeby wykorzystać. To była czysta uczciwość, czysta wola, nieskalana, choć zgwałcona przez lata w skutek zepchnięcia na margines rdzennych mieszkańców Australii - w wyniku, delikatnie rzecz ujmując, nieszczęśliwych zbiegów okoliczności. (W okresie wielkich kolonizacji Ameryka Północna stała się kontynentem pionierów, ziemią obiecaną, natomiast Australia – niestety - miejscem zsyłki, kontynentem więźniów i namiestników, kolonią karną). Wspomniany nie posiadał outdoorowych butów, ubrania z membraną i tego, bez czego europejczyk dwudziestego pierwszego nie potrafi sobie już radzić. Niemniej właściciel skóry ciemnej jak gorzka czekolada od Lindta, był wolny i jego duszy nie rozszarpywały na strzępy: brak czasu, budziki, ścisk w metrze, znienawidzona jazda podmiejskim, korki, domówki u „znajomych”, terminy, pogoń… pogoń za nie wiadomo (już) czym; za złudą, mistyfikacją narzuconego nam przez nie wiadomo kogo pościgu w próżnię. Tenże właśnie Aborygen, po otwarciu książki, kładzie rękę na ramieniu i wyrywa z potrzasku. Jak się okazuje, od tego się wszystko pieśnią stworzenia zaczyna i kończy stare. Bo Aborygeni wyśpiewali świat, nim ktokolwiek powiedział pierwsze słowo. I nie odwracają się za maruderami, trzeba dać sobie zaufać, i mieć dużo wewnętrznej siły, żeby za nimi nadążyć, ale potem… Książka tak właśnie mnie porwała, świeżością, prostotą i uczciwością; w spokój, który toczył się własnym, po części tajemniczym rytmem, siłą, wiarą i wolnością, która ściska za serce, ilekroć trzeba powrócić do normalnego świata. I to był ten…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil coca monka
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…