Przyjaźń · 4 min czytania
Ja - marionetka...
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Niszczyła moje marzenia. Tak, to potrafiła najlepiej. Jednym słowem, gestem, spojrzeniem porażająco niebieskich oczu zburzyć wszystko w co wierzyłam do tej pory. Jednym pchnięciem jej dłoni, moja wiara i nadzieja rozsypywały się, jak domek z kart, wybudowany na morzu ufności. Uśmiechała się słodko, mówiąc, że to troska przez nią przemawia, lecz tak naprawdę stworzona, żeby niszczyć, wypełniała swą rolę, lepiej niż nie jeden aktor. Drobna blondynka o błękitnych, jak jezioro marzeń, oczach, Aniołek ze świątecznej kartki - jak ktoś tak idealny potrafi tak doskonale ranić? - pytałam się nieraz. Odpowiedzi brak, a jej włosy rozwiewał wiatr kolejnego ataku terrorystycznego na moje nadzieje, które i tak przykryte potężną dawką, jeszcze zeszłorocznego, śniegu, ledwo potrafiłam dostrzec w sobie. Długimi palcami stukała po kartkach mojej egzystencji, co rusz zmieniając zakończenie każdej szczęśliwej historii w tragedię całego życia. Umiała ranić, szeptem ust wróżyła pesymistyczny koniec, a ja, naiwna istota, wierzyłam w jej profesjonalizm w ratowaniu przez zgubnym cieniem szczęścia, które prędzej czy później prowadziło do cierpienia, potężniejszego niż sztorm na morzu. Kierowała mnie na doświadczony tor życia, mówiła, że szczęście odnajdę w monotonnym śnie spokoju i ciszy. Nie liczyło się to, że chcę kochać, śmiać się i bawić, przecież ja nigdy nie miałam wiele do powiedzenia, a raczej nie potrafiłam powiedzieć tego, co język niósł na usta, kołysząc delikatnie. Prowadziła mnie za rękę, jak małą dziewczynkę, bawiła się, jak zabawną marionetką. Wtedy tego nie widziałam, nie chciałam zobaczyć. Pogrążana w imitacji przyjaźni, trwałam przy niej, godząc się na każdy jej kaprys, będąc na każde zawołanie. Manipulowała mną, a ja nieświadoma pozwalałam jej pociągać za moje sznurki. Wytykała mi każdy błąd, przyjmując najgorszą, bo najdoskonalszą ze wszystkich, taktykę. Nigdy nie krzyczała, nie płakała…