Hobby · 7 min czytania
Jak pewien technolog poraził ich swoim geniuszem t
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
„No i w pizdu z całym misternym planem” – pomyślał słowami z jednego z lepszych polskich filmów ostatniego czasu, odgaszając o parapet ostatniego już dziś papierosa. Minął kolejny monotonny, nic nie wnoszący dzień mojego trzydziestoletniego życia. No dobrze –jutro porazi was mój „geniusz the bestu” - westchnął zamykając drzwi na balkon i udając się do rozgrzanego przez swoją „Królewnę” łóżka. Nazajutrz jak zwykle odbył nudny cykl: podróż do pracy i z powrotem zatłoczonym Ikarusem wśród znudzonych życiem ludzi, popracował osiem godzin nad wzrostem PKB w swojej „ulubionej” firmie przygotowując technologię pod jakieś nikomu nie potrzebne remonty i co? Nic….
Sama myśl spędzenia kolejnego nudnego popołudnia przed telewizorem w którym biegają ciągle w tym samym kierunku opowiadające jakieś farmazony wypudrowane postacie, napawała go frustracją powodującą tylko chęć przeniesienia się na stałe do krainy wiecznie czynnych pubów i niesamowicie uczynnych kelnerek... Chciał robić coś wielkiego, coś co dawało by wymierne korzyści, było zauważalne. Chciał mieć dobry samochód, dom, dzieci i cieszyć się z życia. Po to przecież uczył się przez ostatnie trzydzieści lat!!! Zamiast tego jak do tej pory ma wynajęte za pól pensji mieszkanie na pierwszym piętrze z widokiem na garaże w jednej z czynszowych dzielnic Szczecina, sieciówkę na trzęsące Ikarusy i ukochaną kobietę, której jedyne co może zapewnić to napawające z reguły pesymizmem towarzystwo. Ale w tej całej monotonności ma coś jeszcze… ”geniusz the bestu” którym planuje w jakiś sposób „ich” porazić.
Cześć Mimi – rzuciła od progu „Królewna” wręczając mu jakąś ulotkę promującą kolejny konkurs. Byłam na „shopingu” to wzięłam – dodała. Zaczął czytać…projekty nadruków na ciuchy –paranoja! – pomyślał. Po paru minutach zmienił jednak swoje nastawienie do tematu ulotki, rzuconej bez zastanowienia przed chwilą w kąt. Przestań ryczeć – zaczął budować swoje ego – ja nie dam rady?.... Wieczorem miał już to co najważniejsze – pomysł. Schematy kinematyczne obrabiarek obrobione w corelu. Genialne – utwierdzał się w przekonaniu – Versace to leszczyk – oszukiwał się dalej. Teraz tylko zrobić, wysłać i po bólu. Od razu wziął się do przeszukiwania pozostałości po czasach studenckich, odnalazł parę książek, odpalił komputer i zabrał się do skanowania. Od tego momentu każdą wolną chwilę poświęcał temu projektowi.
Po dobie pracy miał już pierwsze konstruktywne wnioski - nie mam bladego pojęcia o designerstwie (o corelu tak naprawdę też nie największe); ale to oczywiście nie ma żadnego znaczenia, w końcu kto jak nie ja! Po kilku dniach niesamowitego „móżdżenia” plan został zrealizowany, siedem genialnych (w jego rozumieniu) wzorów, „niesamowicie” wkomponowanych w szkice bluzek było gotowe do wysłania. Ale najpierw odbiór. O ile „Królewna” (bądź co bądź mająca pojęcie o wzornictwie) nie do końca skrytykowała to co zrobił, tak konfrontacji z ludźmi z pracy obawiał się bardzo. I to nie dlatego, że byli znawcami obecnie panujących trendów w modzie, ale właśnie dlatego, że z ciuchami mają tyle wspólnego, że wiedzą która to jest lewa, która prawa strona bluzki i w ogóle nie zdołają ogarnąć porażającej koncepcji jego „geniuszu the bestu”. Ale o dziwo!, zamiast jednozmianowego „brechtu”, otrzymał słowa (może nie uznania), ale chyba szczerej akceptacji. Teraz już był gotowy. Zapakował co miał zapakować do…