Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 10 min czytania

Jak to stwór został pokonany!

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

„Jak to stwór został pokonany”

Widownia lubi, gdy na scenie coś się dzieje. Widownia lubi, gdy na scenie dzieje się coś, co mrozi krew w żyłach, powoduje gęsią skórkę i nieprzyjemne zgrzytanie zębów. Widownia lubi, gdy ktoś z niej szydzi, gdy jest obrażana, poniżana, mieszana jawnie i bezpretensjonalnie z błotem. Widownia lubi, gdy ktoś sprawia, że się śmieje. Głośno, chamsko, nie mogąc złapać tchu. Widownia lubi czuć, że zawsze i tak wie lepiej, że zna zakończenie i lubi udawać, że wcale tak nie jest. To wszystko lubi widownia. Widownia to dziwny stwór. Stwór kierujący się swoimi własnymi, niezrozumiałymi prawami. Stwór straszny i mściwy, gdy spowoduje się jego gniew a zarazem stwór przyjazny i milusiński, gdy potrafi się go rozpieścić. To stwór o ponadprzeciętnej odwadze, gdy czuje, że przechytrzył tego małego, głupiego człowieczka na scenie, że jest od niego mądrzejszy, inteligentniejszy, sprytniejszy i przede wszystkim ładniejszy. Ale stwór ten staje się lękliwy i podejrzliwy, gdy człowieczek na scenie zaczyna wymykać się spod stwora kontroli, gdy robi rzeczy o jakich się stworowi nie śniło a następnej nocy na pewno przyśni w formie koszmaru. Stwora takiego chcieliby malutcy ludzie ze sceny spotkać najlepiej w jak największej postaci, bo malutcy ludzie ze sceny myślą, że potrafią stwora poskromić. A im większy jest poskromiony stwór, tym większa chwała spływa na jego malutkich poskramiaczy. Tymczasem na świecie istnieje tylko jeden człowiek, który stwora potrafi rzeczywiście ujarzmić. Tak tak, cała reszta żyje słodkimi złudzeniami, że tego a tego dnia stwora pewnego w owym mieście poskromili. Cóż począć, gdy malutcy ludzie ze sceny nie potrafią odróżnić, kiedy stwór śmieje się z nimi, a kiedy z nich. Ale wracając do tego jedynego, posiadającego ponadprzeciętne zdolności poskramiające. Na imię mu było Dave Brawn a był on psychologicznym iluzjonistą (którego w ostateczności można nazwać magikiem, bo komu chciałoby się zapamiętywać tak skomplikowany opis jednego człowieka). A to jest historia o tym, jak owy średniego wzrostu mężczyzna stał się pierwszym, który w pełni poskromił potwora. To historia o tym, jak widownia pokochała Dave’a Brawn.

***

Londyn był tego dnia zimny, mokry, przepełniony do granic możliwości wszędobylską mgłą. Nic dziwnego, Londyn był taki każdego dnia. Dave Brown stał na chodniku przemoknięty i zmarznięty. Nad jego średniego wzrostu sylwetką górował w swym majestacie potężny budynek teatru Coliseum. Magik zmrużył oczy w sposób, w jaki mierzy się swojego przeciwnika przed walką. Oczywiście gmach teatru nie był jego przeciwnikiem. Miał się on owym przeciwnikiem dopiero wypełnić a dokonać się to miało dziś, koło ósmej wieczorem, czyli za niespełna godzinę. Do dlatego Dave’a Brawn mijały części składowe stwora, widzowie, nieświadomi, że przechodzą właśnie obok człowieka, który miał dziś zapisać się na kartach historii, jako pierwszy, który ujarzmił widownię. Stwora, znaczy się. Magik poruszył się a kilkanaście kroków dalej był już za kulisami. Trwało tu wielkie poruszenie, wszyscy starali się, aby wszystko było przygotowane jak należy, dopięte na ostatni guzik. Każdy z pracowników teatru przeczuwał, co dziś się wydarzy. Kurtyna została specjalnie przesunięta tak, aby zasłaniała całą scenę (Dave Brawn nigdy za nią nie wyglądał, aby sprawdzić, że czy widownia dopisała; lubił sobie wyobrażać, że to stwór bierze udział w przedstawieniu a on jest jego skromnym widzem; dziś tak właśnie miało być). Na razie parkiet był jasno oświetlony, tak, że doskonale było widać jego jedyny wystrój dzisiejszego wieczoru. Były to cztery długie deski zwieszające się z sufitu na grubych linach. Pierwsza wisiała tuż nad podłogą, tak, że można było na niej spokojnie usiąść. Druga nieco wyżej, trzecia jeszcze wyżej a czwarta w końcu umieszczona była około dwóch metrów nad parkietem. Całość miała posłużyć magikowi, jako mini-widownia, która, po zapełnieniu jej widzami, miała posłużyć mu do ujarzmienia stwora. Czy czujecie już błysk geniuszu w planie Dave’a Brawn, drodzy czytelnicy? Nie? No to idźmy dalej. Nadeszła godzina ósma wieczorem i spektakl miał się rozpocząć dosłownie za sekundę. Popłynęła cyrkowa, nieco makabryczna muzyka i kurtyna rozpoczęła swą powolną podróż w górę. Dave Brawn założył sobie na nos doskonale okrągłe okulary przeciwsłoneczne akurat w momencie, gdy światło na scenie przygasło i szybkim krokiem przepełnionym dostojeństwem, z głową uniesioną w niemal nienaturalnym geście wyższości wyszedł na środek sceny. Stwór,…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%