Western · 6 min czytania
"Jak z bandyty stałem się Piorunem" - R
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
{font:impact}"Jak z bandyty stałem się Piorunem"{/font}
{b}Rozdział 2 "Zapach fiołków i tytoniu"{/b}
Kiedy ostatni raz widziałem Anne musieliśmy wyrżnąć niemal pół miasteczka by ją ratować, bo oszukiwała w kartach. Któż jednak nie pomógłby tak ślicznej damie w tarapatach? Nie miałem w zwyczaju (jako samotny i wolny wędrowiec) przywiązywać się do ludzi bardziej niż było to konieczne, dla niej jednak rozbiłem trzy flaszki najlepszej whisky o łby ludzi jej nieprzychylnych, co od początku zaskoczyło mojego współtowarzysza.
Przybyliśmy do miasteczka Silent Wind pod osłoną nocy, kiedy słychać już było tylko zalotną serenadę świerszczy, które zapewne podobnie jak ja chciały zdobyć swoją ukochaną. Bezszelestnie zakradłem się do posterunku starego wyjadacza, który bezprawnie nazywał siebie szeryfem. Wolnym krokiem zbliżałem się do wejścia dźwięcząc cicho zakurzonymi ostrogami. - Nie próbowałbym tego - obracając w ręce rewolwer szepnąłem do szeryfa, który właśnie sięgał po niedźwiedziówkę wiszącą na ścianie. - To nierozsądne przyjeżdżać do miasteczka w którym każdy człowiek którego znasz jest twoim wrogiem - odpowiedział, wyjmując z szuflady dwie szklanice i stawiając je na stole. Usiadłem naprzeciw tego starego człowieka, który wydał mi się jeszcze bardziej przerażony moją osobą niż ostatnim razem. - To dziwne szeryfie, że w miasteczku aż roi się od bandytów a twoje cele świecą pustkami. - Nie mieszaj się w te spawy, lepiej odjedź nim wzejdzie słońce, tak będzie lepiej dla Ciebie i całego miasta. Nalał mi całą szklankę whisky a ja wypiłem ją jednym haustem. Wstałem, a wychodząc spojrzałem na niego raz jeszcze. - Wysprzątaj celę, bo rano odwiedzi ją wielu gości.
Już świtało kiedy stanąłem przed wejściem do saloonu wyczekując aż Bill Hits raczy wyjść uprzednio opróżniając cały bar z trunków. Nie było ani jednej żywej duszy, zapaliłem cygaro i czekałem... W końcu wyszedł, i tradycyjnie przed 12:00 rozpoczęliśmy pojedynek, warunki były proste - jeśli wygram, uwolni Anne, jeśli zaś polegnę, cóż... tego nie było w ogóle w planach. Kiedy on rozgrzewał brudne paluchy wymachując nimi nad kaburą, ja wsłuchiwałem się w ogromny zegar. Dłuższa wskazówka z wolna dążyła do południa, a nim zdążyła osiągnąć swój szczyt Bill już leżał martwy a ja zdmuchnąłem dym z końcówki rewolweru.
Siedziała w małym szarym pokoiku przywiązana do solidnego krzesła wpatrzona w okno jak dziecko, które jest zbyt małe by dosięgnąć do parapetu i zobaczyć, co dzieje się na zewnątrz. Dmuchała przy tym na kosmyk kasztanowych włosów który opadał jej na usta. Podszedłem więc cicho i odgarnąłem go. Mogłem znów od niepamiętnych czasów zatonąć w jej pięknych niebieskich oczach, które za każdym razem zdawały się mówić "Eeejj, i tak sama bym się z tego wygrzebała". Anne nabrała powietrza, i już miała coś powiedzieć, ale zamiast tego…