biografia · 12 min czytania
Jedzie pociąg z daleka
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
„Uwaga! Uwaga! Pociąg dalekobieżny z Przemyśla do Szczecina Głównego przez Legnicę, Zieloną Górę, Czerwieńsk, Rzepin jest opóźniony o czterdzieści dwie minuty. Opóźnienie pociągu może się zwiększyć lub zmniejszyć”. Takie komunikaty słyszałem za studenckich czasów na wrocławskim dworcu głównym, gdy jeździłem do domu na święta i ferie. Tak było zawsze, a niewiadomą była tylko wielkość opóźnienia i czy ono się zwiększy, czy zmniejszy. W praktyce nigdy się nie zmniejszało. Którejś zimy mój pociąg miał aż trzystuminutowe spóźnienie i tamtego też dnia ustanowiłem własny rekord głupoty - przesiedziałem całe trzysta minut na dworcu. Mogłem spokojnie pojechać do akademika, trochę pospać i potem wrócić. Mogłem, ale tak nie zrobiłem, bo wykombinowałem sobie, że opóźnienie nagle może się zmniejszyć np. do pięćdziesięciu minut i pociąg mi ucieknie. Tak mi się jakoś mózg zlasował. (Swoją drogą nie rozumiem, dlaczego wielkości opóźnień podawano w minutach. Mówiono „trzysta minut” zamiast po ludzku „pięć godzin”.) Cóż mogłem robić, czekając na pociąg? Włóczyłem się po dworcu i obserwowałem ludzi, których zawsze było tam pełno. Niektórzy odwiedzali dworcowe lokale gastronomiczne - a było ich kilka. Najpopularniejszy był bufet, w którym królowały standardowe bufetowe z tamtych czasów, czyli rozłożyste blondynki lub szczapowate brunetki z paskami białej koronki wpiętymi we włosy. Bufet przeważnie oferował marnej jakości flaczki, takiż bigos, śledzia w oleju, jajko w majonezie, bułki z żółtym serem i napoje. Zmęczeni pasażerowie kupowali te wykwintne potrawy i, porozpinawszy płaszcze, konsumowali je przy przykrytych ceratą stolikach. Robili to powoli, bo dzięki temu mogli posiedzieć w cieple, a bez tzw. „konsumpcji” siedzieć w bufecie nie było wolno. Goście lepszego sortu mogli skorzystać z kawiarni lub restauracji. Były to lokale full wypas z szatniami i kelnerami, droższe niż na mieście, więc mało kto tam bywał. Bez konsumpcji można było posiedzieć w świetlicy. Rządziła tam pani świetlicowa, u której można było wypożyczyć książkę, szachy lub warcaby. Ona też czuwała nad tym, by pasażerowie zachowywali się cicho. Nigdy nie widziałem, żeby ktoś coś wypożyczał, a oczekujący na pociąg przeważnie drzemali lub przeglądali przymocowane do drewnianych listewek gazety. Gazet luzem nie było, bo przecież ktoś mógłby je ukraść i użyć niezgodnie z przeznaczeniem w miejscach oznaczonych kółkiem lub trójkątem. Oczekiwanie na pociąg można także było sobie umilić w dworcowym kinie, gdzie - chyba co dwie godziny - wyświetlano w kółko ten sam film. Tylko część pasażerów korzystała z wyżej wymienionych uciech; większość łaziła po holu, siedziała lub drzemała na ławkach. Poza pasażerami na dworcu przebywali też jego stali bywalcy, czyli pijacy i włóczędzy. Snuli się po zakamarkach i często próbowali wyprosić jakieś drobne na coś do picia. Dzisiaj byłoby to puszkowe piwo z automatu, ale wtedy takich piw nie było. Do restauracji nawet się nie wybierali, sklepu z alkoholem w pobliżu nie było, więc spragnionym pozostawały jedynie pykówki. Ówczesne kioski „Ruch” oferowały kosmetyki w płynie - przeważnie tanie perfumy lub płyny po goleniu. Były one na menelską kieszeń i zawierały alkohol. Niestety, miały też poważną wadę - były w buteleczkach z małymi otworkami. Zawartość wypływała więc powoli i przy akompaniamencie charakterystycznego „pyk, pyk, pyk”. Wypykanie całości nieco trwało, ale przecież konsumenci mieli czas. Podpici i zionący z ust zapachem wody toaletowej, szukali kolejnych sponsorów lub przesypiali po kątach do rana. Pechowcy wpadali w ręce milicji, która miała na dworcu swój posterunek. Milicjanci nie tylko wyłapywali meneli, ale też według własnego widzimisię legitymowali zwykłych pasażerów. Zatrzymywani ludzie grzeczniutko pokazywali dowody osobiste i odpowiadali na wszystkie pytania, bo w tamtych czasach z milicją nie warto było zadzierać. Swoich ofiar szukały też po dworcach patrole WSW (Wojskowej Służby Wewnętrznej, czyli żandarmerii z tamtych czasów). Było to trzech regulaminowo ostrzyżonych, ogolonych i ubranych w świeżo odprasowane mundury dryblasów. Na głowach mieli białe hełmy, białe pały przy białych pasach i kałasze na plecach. W tamtych czasach żołnierze musieli podróżować w mundurach i na dworcach rzucali się w oczy. Owe patrole zatrzymywały ich, kontrolowały dokumenty, sprawdzały trzeźwość i prawidłowość umundurowania - jednym słowem, szukały jeleni do ukarania. Nieszczęśnik przyłapany np. z niezapiętym guzikiem musiał się liczyć z poważnymi konsekwencjami. Zdarzały się czasem nieporozumienia, w wyniku których podpadniętym się udawało, ale były to tylko wyjątki potwierdzające regułę. Mój kolega służący wówczas w marynarce pojechał na urlop do rodziny na Śląsk. Tam dorwał go patrol WSW i stwierdził, że miał nieregulaminowe buty. Stosowny raport poszedł oczywiście do jego jednostki. Na pierwszym apelu po powrocie z urlopu dowódca wywołał go przed front oddziału i powiedział: – Mata Wójcika złapało w Gliwicach WSW i napisało mi w raporcie, żebym go ukarał, bo paradował po mieście w półbutach. No to ja tych chujom odpisałem, że półbuty są obuwiem wyjściowym marynarza. A wam Wójcik, powinienem wlepić pięć dni ścisłego, bo daliście się złapać. Wstyd marynarce przynosicie! Wstąpić! Jednak większość spotkań z WSW nie kończyła się dla żołnierzy tak dobrze. Dlatego też mieli oni oczy dookoła głów i unikali białych hełmów. Aż nadchodziła ta cudowna chwila, gdy głośniki oznajmiały, że długo oczekiwany pociąg wjedzie na „tor trzeci przy peronie drugim”. Wtedy ze wszystkich zakątków dworca wylewali się ludzie i biegli na peron, żeby zająć dobre…