Wróć do katalogu

Jedzie pociąg z daleka

Opowieść o podróżąch pociągami.

Marianopublikowano 27 lutego 202312 min czytaniajeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

„Uwaga! Uwaga! Pociąg dalekobieżny z Przemyśla do Szczecina Głównego przez Legnicę, Zieloną Górę, Czerwieńsk, Rzepin jest opóźniony o czterdzieści dwie minuty. Opóźnienie pociągu może się zwiększyć lub zmniejszyć”. Takie komunikaty słyszałem za studenckich czasów na wrocławskim dworcu głównym, gdy jeździłem do domu na święta i ferie. Tak było zawsze, a niewiadomą była tylko wielkość opóźnienia i czy ono się zwiększy, czy zmniejszy. W praktyce nigdy się nie zmniejszało. Którejś zimy mój pociąg miał aż trzystuminutowe spóźnienie i tamtego też dnia ustanowiłem własny rekord głupoty - przesiedziałem całe trzysta minut na dworcu. Mogłem spokojnie pojechać do akademika, trochę pospać i potem wrócić. Mogłem, ale tak nie zrobiłem, bo wykombinowałem sobie, że opóźnienie nagle może się zmniejszyć np. do pięćdziesięciu minut i pociąg mi ucieknie. Tak mi się jakoś mózg zlasował. (Swoją drogą nie rozumiem, dlaczego wielkości opóźnień podawano w minutach. Mówiono „trzysta minut” zamiast po ludzku „pięć godzin”.) Cóż mogłem robić, czekając na pociąg? Włóczyłem się po dworcu i obserwowałem ludzi, których zawsze było tam pełno. Niektórzy odwiedzali dworcowe lokale gastronomiczne - a było ich kilka. Najpopularniejszy był bufet, w którym królowały standardowe bufetowe z tamtych czasów, czyli rozłożyste blondynki lub szczapowate brunetki z paskami białej koronki wpiętymi we włosy. Bufet przeważnie oferował marnej jakości flaczki, takiż bigos, śledzia w oleju, jajko w majonezie, bułki z żółtym serem i napoje. Zmęczeni pasażerowie kupowali te wykwintne potrawy i, porozpinawszy płaszcze, konsumowali je przy przykrytych ceratą stolikach. Robili to powoli, bo dzięki temu mogli posiedzieć w cieple, a bez tzw. „konsumpcji” siedzieć w bufecie nie było wolno. Goście lepszego sortu mogli skorzystać z kawiarni lub restauracji. Były to lokale full wypas z szatniami i kelnerami, droższe niż na mieście, więc mało kto tam bywał. Bez konsumpcji można było posiedzieć w świetlicy. Rządziła tam pani świetlicowa, u której można było wypożyczyć książkę, szachy lub warcaby. Ona też czuwała nad tym, by pasażerowie zachowywali się cicho. Nigdy nie widziałem, żeby ktoś coś wypożyczał, a oczekujący na pociąg przeważnie drzemali lub przeglądali przymocowane do drewnianych listewek gazety. Gazet luzem nie było, bo przecież ktoś mógłby je ukraść i użyć niezgodnie z przeznaczeniem w miejscach oznaczonych kółkiem lub trójkątem. Oczekiwanie na pociąg można także było sobie umilić w dworcowym kinie, gdzie - chyba co dwie godziny - wyświetlano w kółko ten sam film. Tylko część pasażerów korzystała z wyżej wymienionych uciech; większość łaziła po holu, siedziała lub drzemała na ławkach. Poza pasażerami na dworcu przebywali też jego stali bywalcy, czyli pijacy i włóczędzy. Snuli się po zakamarkach i często próbowali wyprosić jakieś drobne na coś do picia. Dzisiaj byłoby to puszkowe piwo z automatu, ale wtedy takich piw nie było. Do restauracji nawet się nie wybierali, sklepu z alkoholem w pobliżu nie było, więc spragnionym pozostawały jedynie pykówki. Ówczesne kioski „Ruch” oferowały kosmetyki w płynie - przeważnie tanie perfumy lub płyny po goleniu. Były one na menelską kieszeń i zawierały alkohol. Niestety, miały też poważną wadę - były w buteleczkach z małymi otworkami. Zawartość wypływała więc powoli i przy akompaniamencie charakterystycznego „pyk, pyk, pyk”. Wypykanie całości nieco trwało, ale przecież konsumenci mieli czas. Podpici i zionący z ust zapachem wody toaletowej, szukali kolejnych sponsorów lub przesypiali po kątach do rana. Pechowcy wpadali w ręce milicji, która miała na dworcu swój posterunek. Milicjanci nie tylko wyłapywali meneli, ale też według własnego widzimisię legitymowali zwykłych pasażerów. Zatrzymywani ludzie grzeczniutko pokazywali dowody osobiste i odpowiadali na wszystkie pytania, bo w tamtych czasach z milicją nie warto było zadzierać. Swoich ofiar szukały też po dworcach patrole WSW (Wojskowej Służby Wewnętrznej, czyli żandarmerii z tamtych czasów). Było to trzech regulaminowo ostrzyżonych, ogolonych i ubranych w świeżo odprasowane mundury dryblasów. Na głowach mieli białe hełmy, białe pały przy białych pasach i kałasze na plecach. W tamtych czasach żołnierze musieli podróżować w mundurach i na dworcach rzucali się w oczy. Owe patrole zatrzymywały ich, kontrolowały dokumenty, sprawdzały trzeźwość i prawidłowość umundurowania - jednym słowem, szukały jeleni do ukarania. Nieszczęśnik przyłapany np. z niezapiętym guzikiem musiał się liczyć z poważnymi konsekwencjami. Zdarzały się czasem nieporozumienia, w wyniku których podpadniętym się udawało, ale były to tylko wyjątki potwierdzające regułę. Mój kolega służący wówczas w marynarce pojechał na urlop do rodziny na Śląsk. Tam dorwał go patrol WSW i stwierdził, że miał nieregulaminowe buty. Stosowny raport poszedł oczywiście do jego jednostki. Na pierwszym apelu po powrocie z urlopu dowódca wywołał go przed front oddziału i powiedział: – Mata Wójcika złapało w Gliwicach WSW i napisało mi w raporcie, żebym go ukarał, bo paradował po mieście w półbutach. No to ja tych chujom odpisałem, że półbuty są obuwiem wyjściowym marynarza. A wam Wójcik, powinienem wlepić pięć dni ścisłego, bo daliście się złapać. Wstyd marynarce przynosicie! Wstąpić! Jednak większość spotkań z WSW nie kończyła się dla żołnierzy tak dobrze. Dlatego też mieli oni oczy dookoła głów i unikali białych hełmów. Aż nadchodziła ta cudowna chwila, gdy głośniki oznajmiały, że długo oczekiwany pociąg wjedzie na „tor trzeci przy peronie drugim”. Wtedy ze wszystkich zakątków dworca wylewali się ludzie i biegli na peron, żeby zająć dobre…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych