Przygoda · 7 min czytania
Jesień.
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Delikatny głos piosenkarki, drżąc melodyjnie, płynie spokojnymi dźwiękami ze słuchawek. Lekko osładza i ociepla atmosferę. Jejku, jak ja nienawidzę jesieni! Jest piąta po południu, a ciemno jak cholera. Skłębione na zakorkowanej ulicy samochody rozchlapują breję utworzoną ze zmieszania wody, błota i umarłych liści. Jak ja nienawidzę jesieni! Czekam na tramwaj, który chyba nigdy nie nadjedzie. Wiejący, okropnie zimny, wiatr powoduje, że nawet nieżywe brązowo – żółte, poskręcane paskudztwa, które kiedyś były liśćmi, podskakują nerwowo. Tak, jakby przemarzały równie dotkliwie jak ja. No, ale one są martwe, więc ten problem, jak i wszystkie inne, mają chyba z głowy. Jakby tego wszystkiego było jeszcze mało, zacina lodowaty deszczyk. Mikroskopijne, przeraźliwie zimne, igiełki z nadawanym przez wiatr impetem wbijają się w skórę. Oczywiście, nie ma się gdzie ukryć, bo cały zadaszony, tak zwany przystanek jest wypchany po same brzegi. W dodatku, pakuje się tam ogromniasty babsztyl, na oko z dwieście kilo żywej wagi, małpia twarz z wyrazem zawziętości, jakiej świat nie widział od czasów Inkwizycji. Pcha się do środka, nie zwracając najmniejszej uwagi na innych. Obdarza stłoczonych ludzi przypadkowymi uderzeniami tłustych łokci i otwartego parasola. W końcu to ona jest najważniejsza, a tamci tylko złośliwie stoją pod wiatą. Po co pod dachem otwarty parasol? Tak się zastanawiam nad tym problemem z braku zajęcia, ale mój przymarznięty umysł wykombinował tylko, że może, aby powkurzać innych. Szczególnie mnie, który stoję tu i bez parasola, i bez dachu nad głową, a nie dysponuję posturą summity, ani wrażliwością szafy pancernej, żeby wepchnąć się w „przystanek”. Parasol też niezbyt by mi pomógł, bo zaraz zmarzłbym w ręce. Oczywiście znów zaskoczyło mnie zimno i nie wziąłem rękawiczek. A jakże! Kto by mógł przewidzieć, że może być tak mokro i zimno w listopadzie? Cóż, mojej bystrości dorównuje chyba tylko ta, prezentowana przez drogowców. Ich pewnie znów zaskoczy zima w grudniu. No nic, trudno. Chodzę sobie w kółko, pochlupując wodą w lewym bucie. Pewnie wygląda to teraz niezwykle komicznie, niczym indiańskie tańce wojenne. Ale aktualnie, nie bardzo jest mi do śmiechu. Odmawiam litanię przekleństw i wyzwisk: na tramwaj, który nie przyjeżdża, na przystanek, co jest za mały, na klimat, na tego durnia, co tak wyprofilował chodnik, że aby przejść dalej, trzeba było chociaż jedną nogę skąpać w kałuży. Dodaję jeszcze babsztyla, bo wygląda wrednie i zielony samochód, bo jest zielony. Wkurza mnie wszystko. Słowem, jest fajnie! A jakże! Nawet ta ładna blondynka, która przeszła chodnikiem. Była na tyle atrakcyjna, że chętnie bym się przytulił. Było by cieplej. A ona najzwyczajniej w świecie, przeszła i nawet nie spojrzała w moją stronę. Nie, no aż tak bardzo to jeszcze od tego zimna nie zgłupiałem, żeby zaraz moje dziwne pomysły wprowadzać w życie. Mogłoby się to źle dla mnie skończyć. No, ale miłe to nie było z jej strony. Żeby przejść i nie przytulić się do mnie! A przynajmniej spojrzeć! Ech jesień. Kocham jesień! Nareszcie przyjechał.
* * *
Mojego jesiennego, tramwajo – czekania ciąg…