Fantastyka · 5 min czytania
Jutrznia poległych, rozdział I
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
JUTRZNIA POLEGŁYCH
Dla Bibi Życie bez Ciebie byłoby jak złota szkatułka opróżniona z zawartości – możliwe, że cenne, lecz wciąż tak przeraźliwie puste.
I.
Mówią, że niemy brzask nadszedł nagle, jak nagle opuszcza się bezpieczne łono matki podczas narodzin. Przybycie hord diabolicznych bestii okazało się być czymś na wzór zaczerpnięcia pierwszego oddechu, czymś niezrozumianym, lecz koniecznym do odkrycia wartości życia. Niestety, dla wielu z nas było już za późno. - Nie odchodź zbyt daleko – upomniała mnie matka. – I ubierz się ciepło. Włożyłem niemal spopieloną kurtkę z kapturem, wełniany szalik i dziurawe kalosze. - Jak sobie życzysz – odparłem ostentacyjnie. Opuściłem prowizoryczne ściany mieszkania, za które służyły rozwieszone na drutach plandeki. Gniazdo, schronienie okolicznych niedobitków, zajmowało konstrukcję podziemnych piwnic w zrujnowanej szkole. Patrząc na labirynty rozdartych przewodów i przeciekających rur, odnosiłem wrażenie, iż od czasu pożogi zostałem skazany na zamieszkiwanie szkieletu prehistorycznego gada. Ocaleni mieszkańcy ugrzęźli tu jak sardynki w puszce. - Niebawem ziemia całkowicie rozsypie się w pył – szepnęła niewidoma pani Pratchett, lamentując w barłogu z koców. Musiała wyczuć odór mych ubrań, gdy wchodziłem po schodkach na górę. – To niebezpieczne opuszczać nasz przytułek, Joseph. - Jak długo mam tu tkwić? – Spytałem. – W tym kokonie? - Cały czas. Zawsze. W nieskończoność. Wbiegając na dziedziniec szkoły, przystanąłem na pękającym skrawku betonowej gładzi. Zewsząd siąpił krwawy deszcz. Sprawiał, że zmurszałe pnie wyschniętych wierzb zdawały broczyć. - Ruchy! – Ryknął naglący kapitan rewelatorów. W zgranym szyku wgramolili się do zardzewiałej furgonetki na parkingu. – Jedziemy! Musimy zdążyć przed zmrokiem! Pojazd skrzypnął, ruszając z miejsca. Powoli potoczył się naprzód, nabierając prędkości. Nim zdążył odjechać, pogalopowałem za nim. Pochwyciłem trzonek przy skrzyni ładunkowej i przylgnąłem do karoserii jako niezauważalny autostopowicz.…