Thriller · 6 min czytania
Już pod koniec dnia
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
- Gdzie jesteś? - Właśnie dojechałem do Castoramy. - Słuchaj, zobacz, czy nie ma tam gdzieś chleba. No i masło. Kup masło, tylko nie żadne smarowidło masłopodobne! - Ok, zobaczę. Na razie. Zadzwoniła, gdy obmacywałem półki z narzędziami, bo oprócz narzędzi i materiałów budowlanych, nic innego w tym sklepie nie można kupić. Dostałem więc zadanie: przedostać się załadowanym samochodem z Castoramy do Tesco i spełnić gorące życzenie Anny. W pośpiechu i temperaturze owego życzenia zacząłem uwijać się z zakupami, zgarniając z półek jedynie najpotrzebniejsze i mieszczące się w wózku rzeczy. Sprawnie przeładowałem wszystko do auta i dopchałem wózek do parkingowej stajni, aby odzyskać swoje ciężko zarobione 2 złote. Parkingowy generator adrenaliny już na mnie czekał... Zaczaił się, jak strażnik miejski na sikającego na trawnik psa i jego właściciela. Nie mogąc zaklinować wózka w rzędzie, bo z nieznanych mi przyczyn nie pasował on po prostu do całej reszty, pozostawiłem go obok i nachyliłem tak, że dwa boczne koła wisiały w powietrzu. W ten sposób można przypiąć klamrę łańcucha do blokady i wyciągnąć umieszczoną w niej monetę. Zdarzało mi się już wykorzystywać taką technikę dokowania wózka i czyniłem to bez wyrzutów sumienia, bowiem - darem losu - to właśnie mnie przyjdzie odpinanie go kolejnym razem. Dostąpiłem szczęścia - jeden market z głowy.
21:20 - Zostało trochę czasu, by sforsować bramy paskudnego, angielskiego molocha. Drzwi przesuwne działają, jak należy - energii elektrycznej jeszcze im nie odłączyli. Nawet dał się odczuć przyjemny powiew klimatyzacji zaraz przy wejściu. Wietrzę podejrzenia, że udało im się sprzedać resztki aromatyzowanego zabójczym odorem drobiu, skoro stać ich na utrzymanie pracy urządzeń. Spokój i cisza w ciągach komunikacyjnych samu wzbudzały niepokój i zapowiadały traumatyczny finał zakupów. Masy sztucznych, ubarwionych i naszpikowanych obstrukcyjnymi konserwantami materiałów konsumpcyjnych, zwisając ponętnie z półek, zachodziły rozkładającym letargiem. Chleb był już mocno elastyczny, ale nie miałem wyboru. Pochwyciłem jeszcze w biegu kostkę masła i opakowanie orzeszków pistacjowych dla urozmaicenia sobie ciężkiego żywota. Zapowiadający się koszmar dał się zauważyć już z głębi stoiska. Czynne były tylko 3 kasy, a najbliższą (kasa do 10 artykułów) poprzedzała kilkunastu metrowa kolejka. Popłynął pot z czoła. Ozdobił wiszącymi kropelkami brwi i nos, a ściskane w dłoni masło zmieniało stan skupienia w błyskawicznym tempie. Zostałem skazany na dłuższe towarzystwo kolejkowych grubasów, penetrujących namiętnie składowiska przecenionego żarcia o tej porze. Za mną gość w podobnej sytuacji, dalej starsze małżeństwo, które głośnym