Akcja · 8 min czytania
Khe Sanh
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Znaleźliśmy się pod ciężkim ostrzałem. Z nieba waliły pociski, rozpryskując czarną ziemię. Wszechświat skrył się za dymem płonących baraków. Ledwo co ukryliśmy się w czwórkę w niewielkim bunkrze. Summers w tych swoich ciemnych okularach ostrzeliwał żółtków usiłujących wejść na wzgórze. Ja i Hiszpan zasunęliśmy skrzynkami z amunicją drzwi, Platyna rozłożył się w kącie z radiem. Wietnamczycy zaatakowali z nienacka, jankesi nie zdążyli się nawet ogarnąć po ostatniej ofensywie. Woods poprowadził nas na prawą flankę, gdzie jankeskie dziewczynki nie zakopały beczek z napalmem. - Platyna! Powiedz tym debilom z gołębnika, żeby przestali do nas walić!! - ledwo przekrzyczałem karabin Summersa, po czym kazałem Hiszpanowi rzucić żółtkom parę granatów na śniadanie. Ściany drżały. Czasami przelatywał nad nami śmigłowiec albo zbłąkana rakieta. Amerykanie odpalili świeżo ustawione moździerze, które kapryśnie raz trafiały na wietnamców a potem w swoich. - Tu kwarta G osiemnaście, melduję - jesteśmy w sektorze ce cztery! Jesteśmy pod ciężkim ostrzałem... - jąkał do swoich słuchawek jasnowłosy najemnik. Zmieniłem Summersa, bo skończył mu się magazynek. To on był najlepszym strzelcem w oddziale, teraz bynajmniej było to jednogłośne. Resztę oddziału zmiotła beczka napalmu odpalona przez przestraszonych amerykańców, zostaliśmy tylko my czterej. Ja sam nie byłem dobrym strzelcem, ale wciąż lepszym od Hiszpana. Jego problem polegał na tym, że nie rozumiał ani słowa po angielsku. Przed misją pokazywaliśmy mu zdjęcie mundurów wroga, a on potem strzelał do tych które się ruszały. Wietnamców wciąż przybywało. Na miejsce jednego zestrzelonego przychodziło dwóch następnych. Kryli się za beczkami i skrzyniami zostawionych przez amerykańców. Garść naszych broniła głównej linii okopu ostatkiem sił. - Platyna! Weź się kurwa do roboty albo cię zaraz wykopię za drzwi! - Szefie, oni tu mówią, że najemnicy nie mają tu nic do gadania. Szukam po wszystkich kanałach, ale... Wystrzeliłem ostatnie łuski w żołnierza z miotaczem ognia. Pociski przebiły kanister z paliwem i nim biedny chińczyk się zorientował zamienił się w kulę płomieni. Usatysfakcjonowany, podszedłem do radiotelegrafisty i położyłem koło niego rozgrzany karabin. - Daj mi to radio i idź sobie popatrz jak walczą prawdziwi mężczyźni. Chłopak posłusznie wstał, gdy koło nas w ziemię przywaliła krowa i przez okno wpadła czyjaś oderwana ręka. Platyna nie wytrzymał i orzygał sobie buty. Poczekałem aż nieznośny pisk w uszach ustanie. - Ktoś jest ranny? - zapytałem, regulując radioodbiornik na fale oficerskie. - No, segnior! Madre de Dios! Se fue cerca... W słuchawce wyłowiłem spośród szumów i zgrzytów niski głos telegrafisty z bazy. - Indianin do Bazy, Indianin do Bazy, odbiór! - Indianin, tu Baza, słyszę cię, odbiór. - Baza, ja pierdolę, przyślij mi tu ptaszka, zorganizuj mi tu ewakuację, ce czwórka ledwo się tu trzyma. - Zrozumiałem. Wszystkie nasze siły są skoncentrowane na północy, sektor B13. Spróbujcie się przebić do punkty Delta Dog, odbiór. - Niech cię diabli! - rozłączyłem się. Okej, nie będę kłamać, jeśli powiem, że byliśmy w czarnej dupie. Musiałem coś wykombinować i to szybko. - Dobra, panowie, zmiana planów. Platyna, skończ pokazywać nam swoje śniadanie, przekaż jankesom obok, żeby przygwoździli wietnamców jak otworzymy drzwi. Summers, Hiszpan, przeładujcie, granaty - odpiąłem jeden od paska i pokazałem Hiszpanowi - pod ręką. Tam w dole, czekają na nas beczki z napalmem, musimy się nich przebić i zrzucić żółtkom prosto na łby, rozumiecie? Modliłem się, by tak.
- Na trzy... Słony pot spływał nam po twarzy i plecach. Słońce Khe Sanh było bezlitosne, kilogramy sprzętu, kamizelki i hełmy ciążyły. - Raz i trzy! Drzwi rozwarły się hukiem, usłyszeliśmy warkot dziesiątek broni, ryk tysięcy gardeł i miliony pocisków świszczących nad głowami. Uderzył mnie…