Thriller · 9 min czytania
Kiedy Bóg śpi
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Leżała na podłodze, która powinna być starannie umyta. A nie była. Pozostawione strzępki skóry, odrapane kości, wybite zęby wbijały jej się w plecy, a pod łóżkiem walały się wstrętne kłaki. To nie było dobre miejsce, by umrzeć. Myślała o tych wszystkich zaniechaniach i słabła coraz bardziej. Wszystko się skończyło, choć w tej właśnie chwili było jej żal zmarnowanej szansy na jeszcze jeden początek, szansy, której być może wcale nie było. Może prawdziwy był jedynie ten żal. Kałuża krwi robiła się coraz większa. Czuła jej mdlący zapach, stygnącą wilgoć w miejscach, gdzie ciało stykało się z deskami. Woń rozkładu drażniła jej nozdrza, jakby miało to jeszcze jakieś znaczenie. - To niemożliwe – przyszło jej do głowy, choć przecież wszystko, co robiła ciągnęło ją w dół, dokładnie do poziomu tej brudnej podłogi. *** Gdy opatrzyła już okaleczone przedramię, zmyła krew z posadzki i zasłoniła okna, by promienie słoneczne nie wkradły się z całą swoją bezkompromisowością do wewnątrz, w konsekwencji czego mogła spłonąć, zeszła do piwnicy z kolejną porcją owsianki. Tym razem były aż dwie. Mocno skrępowane, zakneblowane, przykute do ściany, już dawno przestały płakać. Podnosiły głowy jedynie na dźwięk przekręcanego klucza. Tylko wtedy do pomieszczenia wpadało trochę światła, na które reagowały z niedowierzaniem. Miały nie więcej niż dwadzieścia lat. Obie były piękne. Choć już nie tak, jak na początku. Jedna spoglądała na nią pojedynczym okiem, w miejscu drugiego zionęła duża, ciemna jama o zaropiałych brzegach. Jej towarzyszka miała obandażowaną głowę. Nie mogła dziwić się temu, że jej wspaniałe, lśniące włosy koloru miodu budziły taką zazdrość. Ojciec wrócił wieczorem. Przyniósł nowe strzykawki, środki opatrunkowe, antybiotyki, które pomagały, gdy wdawała się infekcja. Nigdy nie rozumiała jego determinacji, by nadać jej formę, formę subtelną, idealną, doskonałą. Próbował wyjaśniać jej swoją wizję, lecz ona wcale nie czuła się na siłach, by do tego ideału pretendować. Kontrast między tym, co mówił, sposobem, w jaki to mówił, a samą treścią, był niepokojący. Rozlewał się w przestrzeni lepką mazią wieloznaczności i jakby niezobowiązujących kierunkowskazów, które przecież można było zignorować. Sprzeciwić się. Czuło się instynktownie, że pod tym obłym pozorem misji, kryje się ostry szpikulec do lodu. Zimne, bezlitosne narzędzie, pozostawiające po sobie równiutkie, okrągłe rany. I czyjś ból. Jakby w odpowiedzi na jej wewnętrzne rozterki, podchodził, przytulał ją mocno, całował w czoło. Rzadko kiedy stać go było na takie odruchy. Wszak był perfekcjonistą, zimnym, logicznym, opętanym dążeniem do wzniosłego celu. - Dla mnie zawsze będziesz najpiękniejsza, najwspanialsza na świecie – mawiał, choć oboje czuli przykry zapach zgnilizny, który wydzielała. Przez ten krótki moment była bezpieczna, niemal spokojna, prawie zjednoczona ze swoim wewnętrznym „ja”. Tym jednym gestem rozpraszał lęki, wątpliwości, wyrzuty sumienia – tego potwora straszniejszego niż wszystko inne. Już dawno doszła do wniosku, że Bóg nie miał na nią pomysłu. Że zrezygnował z niej w trakcie tworzenia dziwnego, koślawego, pokrzywionego wizerunku, który tylko z grubsza miał być człowiekiem. Jej defekty były potworne. Do tego mała krzepliwość krwi, niewielka liczba czerwonych krwinek, które uzupełniała spijając krew z niezasklepionych jeszcze ran ofiar, nadwrażliwość na światło, zaburzenia łaknienia, kości wyrastające poza barierę skóry, powiększona szczęka, nienaturalnie duże zęby, zarost na całym ciele. A przecież istnieje determinizm w przyrodzie – jedno zjada drugie, wysysa z niego energię, żeruje na sile witalnej słabszego, by samemu przetrwać, przedłużyć swój byt nastawiony na destrukcję, mord, żądzę niszczenia. Czy to ją tłumaczyło? *** Niekiedy przywierała do szklanej ściany akwarium, byleby jeszcze raz oprzeć głowę o stabilność, pewność, konkret. Rybka rosła szybko. Lubiła obserwować monotonną, ułożoną egzystencję. Zielonobrunatna łuska mieniła się przy każdym ruchu jej ciała. Te oczy – żółte, trochę gadzie, ociekały bezwzględnością i pewnością najważniejszych…