Mitologia · 6 min czytania
Kiedy jest obrzydliwie gorąco
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Ale to on przecież był pies na baby, to na niego wszystkie leciały, ja byłem szarakiem, nie wartym zapamiętania, budzącym śmiech w swoich godach, a raczej przymiarkach do godów. Jeżeli już się chwaliłem jakimś osiągnięciem w sprawach intymnych, jeżeli już byłem na tyle wstawiony by dozmyślać trzy czwarte historyjki, a na tyle trzeźwy, by ubrać to w formę, która świadczyła o prawdziwości wypowiedzianych słów, to najgorsze było to, że wszyscy mi wierzyli. A jeszcze gorsze to, że Mariuszek to potwierdzał. A że jemu każdy ufał, szybko stałem się legendą, mitem potwornym, świętym defloratorem, pogromcą serc niewieścich. Czasami nie wytrzymywałem, wtrącałem coś, by uzmysłowić, że to nieprawda, że wszyscy kłamią, że ja żaden Don Juan, tylko zwykły nieudacznik, śmiertelnik i po prostu łgarz. Ale nikt nie traktował mnie poważnie, mówili tylko, żebym się nie wygłupiał. Musiałem im się wydawać swój chłop, nie dość, że ulubieniec bab, to do tego skromny. I tak to właśnie nastąpiło sprzężenie zwrotne, że zamiast wyplątać się, to coraz bardziej zapadałem się w tą bezpruderyjną maź komplementów. No i w końcu znak firmowy mężczyzn- próżność znaczy się, dał o sobie znać; wtedy dopadła mnie, i niestety nigdy już nie puściła. I teraz to właśnie on, Mariuszek, niekwestionowany car flirtu, miał mi pomóc, mnie, temu samozwańcowi. Ale miał obowiązek, bo to przecież przez jego słowa po części stałem się tak kurewsko sławny w szeregach cycatego wroga.
******************************
Siedzieliśmy wtedy w którejś kafejce pod parasolami na deptaku. Było tak cholernie upalnie i duszno, tak obrzydliwie gorąco, że nawet gimnazjalne pannice przestały chadzać w tą i z powrotem, co zwykły robić na okrągło. Nie było wiatru. Nie było nawet wietrzyka. Podobno kiedyś, bardzo dawno temu, jak jeszcze nie wymyślono klimatyzacji, wielcy świata afrykańskiego płacili każdy pieniądz architektowi, który umiał przy pomocy załamań brył, specjalnego ułożenia budynku, czy też strategicznego rozmieszczenia otworów spowodować wiatr w takim pałacu. Był wart każdej ceny. Teraz też miałem ochotę na mały, chociaż malusieńki powiew. Ale nic się nie działo. Ludzie siedzieli pod tymi firmowymi parasolami, pili bąbelkowaną wodę, palili mentole, odzywali się sporadycznie, a jak już to robili, to tylko po to, by wyrazić swój stosunek do takiej pogody. Byli nieruchomi i nieruchawi, porozkładani na tych wiklinowych krzesłach, ocierali sobie pot nie tylko z czoła, ale także z każdego innego miejsca na ich miejskich cielskach. Co ciekawe, oczy mieli zwrócone ku niebu, jakby prowadzili zaciekłe konwersacje z Panem, przeklinając po trochu, ale przede wszystkim błagając o zmiłowanie. Ale Pan Bóg nie zwracał na nich uwagi, nie plątał się w te