Duchy · 12 min czytania
King by się uśmiał
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
- Złaź z drogi, ty cholerny idioto! – usłyszał nagle. Natychmiast dotarły do niego wysokie dźwięki wściekle naciskanego klaksonu. – Ślepy jesteś?! – wrzeszczał kierowca półciężarówki. Jared pospiesznie czmychnął w stronę chodnika. Było za zimno na poważne zmartwienia. Rozchodził nowe buty, człapiąc w zamyśleniu przez miasto. Nie zważając na ruch uliczny, szedł przed siebie w poszukiwaniu rozwiązania. - Nie wiem, co mam jej powiedzieć? Że się rozmyśliłem? Przecież mnie wyśmieje. Ona nigdy się nie waha. Bał się wrócić do domu. Przecież ona ciągle tam była. Była i czekała na niego. Na jego decyzję, którą właściwie podjęła już wcześniej. A więc na jego zgodę. Przełknął ślinę, gdy uświadomił sobie, że stał się ruchomą marionetką w jej rękach. - Marionetka w rękach lalki – zaśmiał się pod nosem na tę niedorzeczność. Pełen wątpliwości zwrócił się w stronę swego domostwa. Nie miał wyjścia. Ale przecież musiał wrócić i zmierzyć się z tym, co go czekało. Od drzwi wejściowych czuć było dziwną woń, niby spalone kwiaty, popiół, zioła. Nie wiedział, co to mogło być. Światło słoneczne ledwie przebijało się przez zaciągnięte zasłony, przez co wnętrze wypełniał półmrok. - Hej, jesteś tu? – zapytał ostrożnie. Przecież nie wyniosła się do innego hrabstwa – udzielił sobie w myśli odpowiedzi. Nie odejdzie tak łatwo. Najpierw musi zrobić to, co obiecał. Zdjął kurtkę cichutko i powiesił w przedpokoju. Niepewnie wkroczył do salonu, w którym nic się nie zmieniło od jego wyjścia. Rodzice wciąż zapatrzeni byli w ekran migoczącego telewizora. W ich szklanych oczach odbijały się kolorowe paski, a z ust ściekały stróżki śliny. - Mamo? – spróbował raz jeszcze potrząsnąć matką, ale nadal nie reagowała. Poruszyła się jedynie sztywno pod naciskiem jego ręki, a jej ciało wydało delikatne skrzypienie. Na dywan poleciało kilka wiórów. - Już się zaczyna – pomyślał Jared. Na ojczyma nawet nie spojrzał. Nigdy za nim nie przepadał, chociaż w gruncie rzeczy nie był do niego wrogo nastawiony. Podejrzewał, że Tom był w tym samym stanie, co jego żona i to mu wystarczyło. Wziął głęboki oddech, nim zdecydował się pójść na górę. Czekała na niego. Jej nieruchoma, alabastrowa twarz zwrócona była wprost na drzwi do pokoju Jodi. Martwe źrenice zdawały się wcale nie skupiać światła, lecz był pewien, że go widzi. Mało tego, zna każdy jego ruch, każdą myśl i wątpliwość. - Jestem już – poinformował. Podniosła się z fotela powoli. Miał wrażenie, że znów rośnie na jego oczach. Zrobiła kilka kroków naprzód, a on nie mógł nie dostrzec, że ruchy lalki stawały się coraz bardziej płynne, coraz bardziej ludzkie. Gdy była już dostatecznie blisko, zatrzymała się i podniosła swe połyskujące ramię do góry. Stała tak przez moment, a potem szybkim gestem wyjęła z oczodołu okrągłe szkiełko i rzuciła je na podłogę ze wstrętem. Z powstałej dziury patrzyło na niego żywe oko. A jednak Jodi tam była. - Cześć Jared – wymówiła jego imię nieruchomymi ustami, a jego przeszedł dreszcz. Dźwięk jej głosu przypominał skrobanie palcami o drewno. – Jestem głodna. Bardzo głodna.
***
Zaledwie tydzień wcześniej odbyły się huczne urodziny Jodi. Kończyła szesnaście lat, wiek, w którym każdemu się wydaje, że życie staje przed nim otworem, i to wcale nie tym zlokalizowanym w końcowej części pleców. Jodi też tak myślała. Mało tego, dawała to wszystkim odczuć. Stała się naprawdę nieprzeciętnie irytującą nastolatką. Pewności siebie dodawała jej uroda – była rzeczywiście śliczna. Centrum jej wszechświata stanowiło duże lustro ustawione na toaletce w jej pokoju, otoczone wianuszkiem korali, zdjęć, zasuszonych kwiatów. Jared niejednokrotnie wchodził do jej pokoju bez uprzedzenia, zwyczajnie, by dokuczyć starszej siostrze. - Hej, maszkaro, nadal próbujesz zrobić coś ze swoją twarzą? – kpił. – Nie wiem, czy to możliwe. - Idź stąd, Jared. Ile razy mam powtarzać, że masz pukać? Nigdy się nie nauczysz? – wybuchała złością i rzucała w drzwi poduszką, zeszytem, czymkolwiek, byle tylko odpędzić intruza i nadal kontemplować swoją urodę. Denerwowała go jej próżność i skupienie na sobie. Nie miała już dla niego czasu. Nie zauważała go, o ile nie spłatał jakiegoś figla. Więc robił to. Ostatnimi czasy z zaciętą premedytacją. Pewnego dnia, gdy wróciła ze szkoły, rzuciła plecak obok butów i pobiegła od razu na górę. - Aaa! – jej krzyk słychać było w całym domu. – Mamooo! – wołała ze skargą. Jej wspaniałe lustro było w całości zamazane czerwoną farbą. Gęsta ciecz, spływająca po szklanej tafli, wyglądała jak krew. Na poplamionych fotografiach, na imponująco szerokich uśmiechach siostry i jej koleżanek, widniały ślady odbitych palców. Jared uśmiechał się do siebie w trakcie całego zamieszania. Nie obchodziło go nawet to, że rodzice szybko znajdą winnego. Wystarczała mu świadomość, że utrze nosa tej nadąsanej pannicy. - Jared, ty potworze! – grzmiała dziewczyna. – Jak mogłeś? - Nie mam z tym nic wspólnego! – kłamał w żywe oczy. – Może twoje sanktuarium ma cię już dość? Może wreszcie zajmiesz się czymś pożytecznym? Takie przepychanki trwały zwykle do późnego wieczora. Gdy zapadał zmrok, w domu robiło się cicho.
***
- Dzień dobry – przywitał się z wahaniem. W sklepie nie było nikogo. Półki zastawione mnóstwem przeróżnych przedmiotów, uginały się pod ciężarem. Duchota, jaka panowała w tym miejscu, była trudna do zniesienia. Miał wrażenie, że na wszystkim, co widzi, spoczywa gruba warstwa kurzu. Rozglądał się niepewnie dokoła. Wszelkiej maści i rozmiarów kukiełki, pajacyki, pluszowe misie, lalki – plastikowe, porcelanowe, pacynki, koniki – ustawione rzędami, wpatrywały się w niego szklanymi paciorkami. Spodobała mu się zwłaszcza imponująco biała primabalerina, stojąca dumnie na jednej nodze – mocno odrapanej. Przyglądał się jej chwilę w poszukiwaniu ceny. - Śszzzz… łup – Jared odwrócił się z przestrachem. Na podłodze, niedaleko wyjścia, leżał brązowy, mocno spłowiały…