Inne · 4 min czytania
Klatka
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Czwartek. Dziś, jak każdego dnia roboczego, prosto po pracy ruszyłem do baru Kubik. W ten jeden z pierwszych dni majowych, tak ciepłym i tak ową ciepłotą męczącym, zimne piwo zamknięte w gruboszklistym, pękatym kuflu i lane wprost z kija zdawało się być eliksirem przeobrażającym mnie w zmiennocieplnego zwierza. W zwierza potrafiącego ścierpieć katusze palącego okropnie słońca. Siedziałem tak wlewając owy złoty, kojący trunek w przełyk a samemu zanurzając się, czy nieomal tonąc w pięknie i błogości tej przelotnej chwili. Nagle ktoś nakreślił wielką, ohydną i potwornie okropną rysę na tym mym piwnym diamencie, tak misternie przeze mnie inkrustowanym w zardzewiałą codzienność. Tym kimś okazała się kobieta. Kobieta tak okropna i tak brzydka, że ciarki poczęły mi biec po plecach finiszując na dłoniach i po chwili dopiero kończąc swój wyścig na mecie: w opuszkach mych palców. Wzdrygnęło mnie z tej okropności widoku i krzyknąłem na cały bar, bo wytrzymać tej brzydoty nie mogłem:
- Do klatki !
Po chwili wyszedłem wielce zniesmaczony.
Piątek. Szedłem właśnie z Kubika, a idąc biegłem, bo niemal zapomniałem, iż nie cierpiącą zwłoki sprawę miałem w PKO do załatwienia. Dzień był jeszcze gorętszy od poprzedniego, więc pociłem się strasznie. Pot z ud i kostek wlewał mi się w buty i bezlitośnie topił stopy. Pot z klatki piersiowej, pleców i pach zmieniał świeżo krochmaloną, szarobrunatną koszulę na stójce w przemoczoną szmatę. Pot, natomiast, z czoła zlewał mi się na oczy i to właśnie on był przyczyną tego co nastąpiło w następnej kolejności. Otóż tak tym moim potem oślepiony…