Przyjaźń · 4 min czytania
kobieta w żółtym prochowcu
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
spojrzała na elektroniczny zegarek stojący na antycznej, francuskiej komodzie. cóż na kontrast. a godzina późna, czas najwyższy wyjść. leniwie wstała z kanapy, zabrała płaszcz z wieszaka i wielką, oliwkową torebkę ze stolika do kawy, zawalonego w tym momencie stosem gazet i niepopłaconych rachunków. nigdy nie płaciła rachunków o czasie. roztrzepana jak zawsze... wyszła przed dom, stanęła przed drzwiami i w głębokim skupieniu zamknęła oczy "gdzie ja dałam klucz..?". walnęła się w głowę i przewracając oczami wygrzebała zagubiony przedmiot z kieszeni. odgarnęła z twarzy niesforny, brązowy lok, który wysunął się z niezdarnie upiętego koka, ktory robiła, kiedy wchodziła pod prysznic. zamknęła drzwi, następnie ruszyła w kierunku furtki. pomachała ręką do pulchnej sąsiadki, pielącej swój mały kwiatowy ogródek. tak niewiele trzeba, by na twarzach innych zagościł uśmiech. ona zawsze sprawiała, że wszyscy się uśmiechali. kobieta nerwowo zapięła żółty prochowiec. przyspieszyła kroku. za dwie minuty ma metro. po chwili, zza rogu wyłoniła się stacja. właściwie to stare, obskurne, brudne wejście z oznaczeniem czerwonej linii. zbiegła po schodach, a kok, który już zupełnie się rozpadł wypuścił kaskadę wijących się loków, powiewających teraz na wszystkie strony od ciepłego, tunelowego powietrza pachnącego ciężką pracą stalowych maszyn. w ostatniej chwili wpadła na platformę a z niej do ciasnego, wyładowanego ludźmi wagonu. lubiła obserwować ludzi w metrze i układać sobie historyjki na temat tego, co robią, gdzie jadą i kto na nich czeka. po prawej stonie siedziała elegancko ubrana murzynka. na pewno zajmowała jakieś wysokie stanowisko. może jest księgową.. z uszu wystawały jej białe, iPodowe słuchawki. na pewno classic. takie kobiety…