Filozofia · 3 min czytania
Koci wymiar
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Koci wymiar
Zdeklarowanym kocim ruchem czarna, miękka plama cienia zastrzygła uszami, odbierając kolejne sygnały z, tylko-jej-znanego, POMIĘDZY. Rozciągając lśniący aksamit, ślepiami bez dna i bez kresu otchłanią zmysłów – zwierciadełek wieczności ulotnej chwili, wprowadzała w trans całe, niedzielno-leniwe pomieszczenie, schłodzone, wstydliwie unoszącymi się, zapachami przypalonej ryby i taniego cygara. Poza galaktyką czterech ścian jakieś inne przestrzenie jazgoczą codziennym harmiderem niezliczonych absurdów, czołgających się jak beznogi pająk poza kusząco leczniczą barierą małego balkonu, udekorowanego wciąż nieludzko przemokniętymi liśćmi, przywianymi spod wczorajszego nieba, może przez wiatr, a może przez głuchy płacz samotnej dziewczyny z naprzeciwka. W każdej sekundzie, kiedy owo-coś przemykało się wzdłuż ścian, pokrytych pomarszczoną i poobdrapywaną tapetą w trudne do zidentyfikowania hieroglify (takiej, nowatorskiej, a skomplikowanej badawczości tychże, idealnie błogo jest poddawać się w zbyt-długie poranki, najlepiej, acz niekoniecznie, jesienne, ewentualnie gorąco-letnie, zważywszy na nadmiar, ciągnącego się jak smoła czasu, co jest niewątpliwie stanem nie tyle nieprzyjemnym, jakkolwiek tym…