Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Horror · 34 min czytania

Kogo widzę?

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

”Kogo widzę?” To wyma­gało prak­tyki, ale trzy­na­sto­letni Marek doszedł w tej zaba­wie do per­fek­cji.

--------------------------------------------------------------------------------

Pierw­sze zało­że­nie było pro­ste. Podejść niczego nie­świa­do­mego deli­kwenta tak spryt­nie, by ten jak naj­dłu­żej się tego nie spo­dzie­wał, a następ­nie opi­sać w małym note­siku, kogo się widzi? Co robi? I jak się zacho­wuje? Marek wyobra­żał sobie, że jest jak Sher­lock Hol­mes, któ­rego przy­go­dami się wtedy zaczy­ty­wał.

Począt­kowo bawił się sam i nie zawsze z suk­ce­sem. Cza­sem obser­wo­wana osoba zbyt szybko go zauwa­żyła. Zresztą nawet nie wie­działa, że bie­rze udział w jakiejś grze. Jed­nak kiedy wśród jego kole­gów roze­szła się fama o nowej roz­rywce, dzie­ciaki osza­lały na jej punk­cie.

– Widzę Cię! – ktoś zakle­py­wał.

– Nie to ja Cię zoba­czyłem pierw­szy! – krzy­czał ktoś inny, zanim cokol­wiek zdą­żył napi­sać.

Wielu było poko­na­nych, a zwy­cięzcą jak zwy­kle pozo­sta­wał Marek. Całe lato minęło dzie­cia­kom na tej swo­istej odskoczni od lek­cji i nauki. Jed­nak jak to bywa z ambi­cjami, czę­sto dla jakie­goś deli­kwenta stają się zgubne i tak było w tym przy­padku. Sekretny klub został szybko roz­wią­zany po tym, jak jedna z dziew­czy­nek prze­gięła. Została odna­le­ziona przez księ­dza w kon­fe­sjo­nale. Jed­nak by oddać jej spra­wiedliwość, nie zro­biła tego spe­cjal­nie, po pro­stu tak długo cze­kała na swoją ofiarę, że w końcu znu­dzona zasnęła. Przy­ci­śnięta do muru przez „paste­rza owie­czek”, wsy­pała całą paczkę. Rodzice byli nie­ugięci. Te głu­pie psoty muszą się skoń­czyć, ow­szem niech dzieci się bawią, ale w zwy­kłego cho­wa­nego i już! Jak to już? Jak to już?! Prze­cież to nie mogło się tak skoń­czyć! Marek ogra­ni­czył wiel­kość grupy do mini­mum. Pozo­stali tylko naj­lepsi z najlep­szych, Ci naj­bar­dziej zaufani. Nie będzie im się tu krę­cić żadne bara­chło, przez które mają póź­niej tylko pro­blemy! Zmie­nili też tro­chę zasady. Będą obser­wo­wać tylko człon­ków grupy, a bawić się będą w spe­cjal­nie do tego wyzna­czo­nych miej­scach. I to było to!

Na początku dosko­nałą miej­scówką do doka­zy­wa­nia, był mały lasek poło­żony zaraz koło szkoły. Teren na tyle duży, by się w nim świet­nie zaba­wić, a na tyle mały, by się w nim nie zgu­bić. Posia­dał jesz­cze jedną zaletę. Poprzew­ra­cane przez wiatr drzewa i dziury po korze­niach, które wspa­niale nada­wały się na kry­jówki, To było ide­alne lokum. Nikomu nie prze­szka­dzały ich dzi­kie wrza­ski, kiedy ktoś został odkryty. Jed­nak lato minęło, a tem­pe­ra­tury na dwo­rze nie zachę­cały do obser­wa­cji cze­go­kol­wiek poza cie­płym wnę­trzem. Zabawa po domach nie przy­no­siła tyle emo­cji. Znało się każdy kąt domu kolegi i nie było mowy o żad­nej tajem­nicy. To trzeba było zmie­nić! – ina­czej całą frajdę szlak by tra­fił! – jak to z uwiel­bie­niem powta­rzał Woj­tek.

Nie wia­domo kto pierw­szy rzu­cił hasło „szkoła”? To nie było ważne, bo bez szem­ra­nia wszy­scy zaak­cep­to­wali tę nową eks­cy­tu­jącą kan­dy­da­turę na miej­sce ich detek­ty­wi­stycz­nych eks­pe­ry­men­tów. Spra­wie dresz­czyk emo­cji nada­wał jesz­cze jeden szcze­gół. To nie była zwy­kła szkoła. To była „Ta szkoła! „

”Ta szkoła” to był duży, trzy pię­trowy budy­nek w kształ­cie litery „U”. Przed wojną mie­ściła się tu przę­dzalnia. Póź­niej miej­scowi zmu­szeni do pracy, szyli w niej mun­dury dla Luft­waffe i Wehr­machtu. Po 45 roku komu­ni­ści zro­bili tu wię­zie­nie dla nie­po­praw­nie poli­tycz­nych. Nawet podobno było kilka stra­ceń. Kiedy więź­niów roz­wie­ziono do innych aresz­tów, lub na Sybir. Budy­nek dostał inne prze­zna­cze­nie. Miał być szkołą z inter­na­tem dla dzieci umy­słowo cho­rych. Jed­nak i ten pomysł nie wypa­lił. Po jakimś cza­sie oka­zało się, że to tylko przy­krywka. Pla­cówka zamiast przyj­mo­wać wycho­wan­ków pokrzyw­dzo­nych przez los. Pod swoim dachem prze­trzy­my­wała te, z któ­rymi życie też lekko się nie obe­szło, a pań­stwo w domach dziecka nie potra­fiło sobie pora­dzić. Popraw­czak stał się swo­istym get­tem, stam­tąd się nie wycho­dziło. Krą­żyły legendy o tym, co się dzieje w środku. Małe groby na tyłach budynku miały o tym dobit­nie świad­czyć. Po upadku komu­ni­zmu wybuchł skan­dal, kiedy po samo­bój­stwie jed­nego z wycho­wan­ków wyszło na jaw, jakie było jego praw­dziwe prze­zna­cze­nie. Od tam­tej pory szkoła stała pusta…

Po połu­dniu adepci nauk Sher­locka Hol­mesa spo­tkali się w domu Wojtka. Jego rodzice jak zwy­kle pra­co­wali do późna, a on dys­po­no­wał najwięk­szym lokum. Kiedy pożarli wszyst­kie chipsy i wypili całą colę. Marek wystą­pił na śro­dek pokoju i zako­mu­ni­ko­wał.

– Dobra! Plan jest taki! Ude­rzamy na nasz cel w pią­tek po szkole!

– Dla­czego w pią­tek?! – zapy­tał Woj­tek.

– To pro­ste w sobotę i nie­dzielę rodzice zawsze coś od nas chcą. Posprzą­taj swój pokój! Odrób lek­cję! Bab­cia przy­jeż­dża! Nauczy­łeś się na spraw­dzian? – traj­ko­tał jak kara­bin maszy­nowy.

– Co racja, to racja! – przy­znali jak jeden mąż.

– Dla­tego musimy teraz wszystko dobrze obmy­ślić. Tu nie ma miej­sca na pomyłki. Co wiemy o samym budynku? – zapy­tał Marek z tru­dem ukry­wa­jąc eks­cy­ta­cję. Czuł się jak na jed­nym z tych fil­mów wojen­nych, kiedy w szta­bie główni boha­te­ro­wie przy­go­to­wują się do kolej­nej akcji. I teraz nie potra­fił, ani nie chciał ukryć, że już nie może się docze­kać piątku.

– Szkoła to trzy pię­tra żela­stwa i cegły – Janek wyłusz­czył sprawę bez zbęd­nych cere­gieli.

– To nie wszystko – powie­dział Jurek – jest jesz­cze dwu­po­zio­mowa piw­nica, pod całym budyn­kiem.

– Skąd wiesz, że jest taka wielka?! – zapy­tał Marek.

– Mój pradzia­dek zapro­jek­to­wał przę­dzalnie i odkąd pamię­tam na każ­dym zje­ździe rodzin­nym doro­śli zawsze o niej roz­ma­wiali. Dzia­dek lubił wspo­mi­nać o piw­ni­cach, bo ich wybu­do­wa­nie nie było takie łatwe!

– Dla­czego?! – krzyk­nęli razem.

– Bo budy­nek leży na podmo­kłych tere­nach. Podobno mieli dużo pro­ble­mów z osu­sze­niem terenu, ale w końcu się udało – odpowie­dział Jurek.

Tym razem Woj­tek nie wytrzy­mał i powie­dział – Chrza­nisz bania­luki! To nie może być takie duże?!

– Może być i jest! A Ty co boisz się?! – zadrwił Jurek.

– Ja się boję! Jaaa! Ja się niczego nie boję! Jed­nak myśla­łem o tym i uwa­żam, że zabawa w tym miej­scu to głupi pomysł. Jak uda nam się omi­nąć straż­nika, który pil­nuje terenu. I jakimś cudem dosta­niemy się do środka. To jesz­cze mogą na nas cze­kać inne nie­spo­dzianki!

– Jakie nie­spo­dzianki? – kpiąco zapy­tał Marek.

– No nie wiem. Ludzie gadają, że tam wszystko jest ponisz­czone. Sza­brow­nicy nie próż­no­wali. Nie wiemy, co spo­tkamy w środku i...– tu Woj­tek zawie­sił głos – są duchy – cicho dokoń­czył i spu­ścił wzrok, bo zabra­kło mu odwagi, by spoj­rzeć w oczy kole­gom.

– Ha ha nasz mały Woj­tuś boi się duchów! Możesz zostać z mamu­sią, niech Ci zrobi mleczko i pod­ciera tyłek! – Marek nie miał lito­ści dla kolegi.

– Jesteś taki mądry? A skąd wiesz, że ich tam nie ma?! – poni­żony Woj­tek piskli­wym gło­sem, pró­bo­wał rato­wać swój honor.

– Bo to tylko bajki na dobra­noc dla malu­chów! Wymysł ludzi, by trzy­mać się od tego miej­sca z daleka. Takie gada­nie nie może nam zepsuć dobrej zabawy! Dla­tego z Tobą, czy bez, my idziemy nie chło­paki?! – Marek pewny odpo­wie­dzi skie­ro­wał pyta­nie do pozo­sta­łych.

Tamci zapew­nili o swo­jej lojal­no­ści, już z mniej­szym entu­zja­zmem.

– Ej! No co Wy?! Prze­cież tam nic nie ma! Woj­tek gada głu­poty, będzie faj­nie!

– Ja też coś o tym sły­sza­łem – Janek nie­mrawo poru­szył temat.

– Jurek, no weź cho­ciaż Ty pokaż, że masz jaja!! – Marek obró­cił się ku ostat­niej desce ratunku. Jurek się nie ode­zwał, tylko zwie­sił głowę i patrzył na swoje brudne buty.

– Dobra! – podniósł do góry rękę. Mach­nął nią na kum­pli i kon­ty­nu­ował – widzę, że tu są sami tchó­rze! Idę stąd, nie chce mi się na Was patrzyć. Pobaw­cie się w kółko gra­nia­ste, albo coś!

– Weź nie wygłu­piaj się, wiesz, że to nie zabawa?! – powie­dział Woj­tek.

– To jest i będzie zabawa! – Marek popa­trzył na kole­gów i dokoń­czył – ale bez Was!

– Co za gnojki! Głu­pie gnojki pod­szyte stra­chem! – Marek nie mógł jesz­cze uwie­rzyć w to, co usły­szał przed chwilą. Tak na nich liczył, a oni wysta­wili go do wia­tru. Szedł szybko chod­ni­kiem, kąpiąc ze zło­ści kamie­nie i roz­wa­la­jąc kupy zagra­bio­nych liści. Nie wie­dział co ma zro­bić, bez kole­gów nie było zabawy. Dla­tego po roz­ła­do­wa­niu ener­gii, już nie był taki pewny, że nie będzie z nimi roz­ma­wiał do końca życia. Jak na trzy­na­sto­latka przy­stało, za chwilę wpadł na inny genialny pomysł.

– Taaak! Tak! Dla­czego od razu o tym nie pomy­śla­łem – w duchu robił sobie wyrzuty. Roz­wią­za­nie było takie pro­ste. Sta­nął jak wryty na środku chod­nika i puk­nął się otwartą ręką w czoło.

– Pójdę tam! Pójdę tam sam i zba­dam teren! Udo­wod­nię tym tchó­rzom, że tam nic nie ma! Ha ha, ale póź­niej będą wytrzesz­czać te głu­pie gały, gdy im o tym opo­wiem…

To trwało dwa dni, ale udało mu się przy­go­to­wać skromny ekwi­pu­nek na eks­plo­ra­cję terenu na tyle, na ile to może zro­bić dora­sta­jące dziecko. Jego ple­cak zawie­rał zwę­dzoną ojcu dużą latarkę i w duchu się modlił, by ten nie zdą­żył zauwa­żyć braku sprzętu, zanim zwróci go na miej­sce. Pomy­ślał o dodat­ko­wych bate­riach, które kupił za swoje zaskór­niaki. Sześciometrową linę poży­czył od starszego kolegi. Wła­ści­wie nie wie­dział do czego może mu się przy­dać, ale widział na fil­mach, że inni zawsze też tak robią, to nie mógł być gor­szy. Pod­szedł do szafki i wycią­gnął scy­zo­ryk wie­lo­funk­cyjny, spa­dek po dziadku. Tak scy­zo­ryk z pew­no­ścią mógł się przy­dać…

Czwar­tek oka­zał się jed­nym z tych dni, w które nawet psa na dwór się nie wyrzuca. Ciemno i ponuro, deszcz lał z taką siłą, że każdy prze­cho­dzień, który nawet posiadał parasol, czuł się tak, jakby wszedł pod rynnę.

-Trudno nie ma rady. Jak to mówią teraz albo ni­gdy – prze­ko­ny­wał się Marek.

Odcze­kał na moment aż za wycho­dzą­cym do pracy ojcem, zamkną się drzwi. Wtedy wstał z łóżka i poszedł do łazienki się umyć. Póź­niej z mokrą głową wkro­czył do kuchni i przy­go­to­wał sobie kanapki z serem. Do pla­sti­ko­wego bidonu nalał wodę pro­sto z kranu i był gotowy. Kiedy wyszedł z domu, chłód prze­nik­nął jego drobne ciało. Kurtka prze­ciw­desz­czowa była słabą ochroną. Wiatr raz po raz zry­wał mu kap­tur, aż w końcu prze­stał go nacią­gać na głowę i tak był mokry. Teraz pierw­sze kroki skie­ro­wał w prze­ciw­nym kie­runku niż miał w pla­nach. Prze­biegł kilka prze­cznic i skrę­cił w lewo na polną drogę. Szlak pod wpły­wem desz­czu zamie­nił się w błot­ni­stą breję, która oble­piała jego buty. Nie zwra­cał na to uwagi. Kiedy doszedł do celu zatrzy­mał się przy meta­lowej furtce. Mały cmen­tarz przy­wi­tał go ciszą, deli­kat­nie popchnął furtkę, która zaskrzy­piała. Wszedł pomię­dzy groby i zatrzy­mał się przy jed­nym z nich.

Maria Dęb­ska

ur. 1972 r. – zm. 2010 r

"Uko­chana mama, żona i córka

Śpij w spo­koju i cze­kaj na nas!"

Taki napis wid­niał na nagrobku. Marek spoj­rzał na słowa i coś go ści­snęło w gar­dle. Ręką zrzu­cił zabłą­kane liście, które po wpły­wem desz­czu przy­kle­iły się do nagrobka. Następ­nie się wypro­sto­wał, szybko prze­że­gnał i powie­dział.

– Cześć mamo, przy­cho­dzę Cię pro­sić o opiekę. Idę do tej szkoły – zawie­sił na chwilę głos i szybko obej­rzał się za ramię. Zoba­czył, że nikogo nie ma i dalej kon­ty­nu­ował – wiem, że dzi­siaj jestem na waga­rach, ale obie­cuję, że to pierw­szy i ostatni raz! Muszę udo­wod­nić kole­gom, że się nie boję – jego głos zadźwię­czał mniej pew­nie – pro­szę Cię tylko o wspar­cie, bo nie wiem, co tam zastanę! – słowa dzie­cię­cej modli­twy pły­nęły w dal. Było w nich wszystko to, co może wyra­zić osie­ro­cone dziecko. Strach, nie­pew­ność i bez­sil­ność na los, który zgo­to­wało mu okrutne życie. Postał jesz­cze chwilę, nie zwa­ża­jąc na pły­nący po twa­rzy deszcz, który teraz wymie­szał się z jego łzami. Następ­nie znowu się prze­że­gnał, odwró­cił się i nie oglą­da­jąc się za sie­bie poszedł w kie­runku szkoły. Teraz już się nie bał…

Jego „nie­ustra­szone serce” stra­ciło tro­chę ani­mu­szu, kiedy sta­nął jakieś dzie­sięć metrów od płotu ota­cza­ją­cego ceglaną for­tecę. Ogromny ciemny i z zakra­to­wa­nymi oknami budy­nek nawet pod­czas ład­nej pogody wyda­wał się straszny, a co dopiero dzi­siaj. Marek zawa­hał się przez moment, ale to była tylko chwila. Ścią­gnął ple­cak, poszpe­rał tro­chę w środku i wycią­gnął mały seka­tor, który mama uży­wała do obci­na­nia róż. Musiał uwa­żać na straż­nika, ale przy odro­bi­nie szczę­ścia stary Wój­cik grzeje teraz kości w przy­cze­pie i ogląda film na małym tele­wi­zo­rze tran­zy­sto­ro­wym. Psy wypusz­czano dopiero na wie­czór, a ich zagroda mie­ściła się bli­sko przy­czepy, więc musi tylko uwa­żać, by go nie zwę­szyły. Zabrał ekwi­pu­nek i poszedł na tył budynku. Brzo­zowy lasek dawał nie­złą ochronę. Pró­bo­wał roz­ciąć meta­lowe ogro­dze­nie, co oka­zało się nie­wy­ko­nalne. Po tej porażce wpadł na lep­szy pomysł, poszedł tam gdzie meta­lową siatkę, zastą­pił beto­nowy mur nad­szarp­nięty zębem czasu. Tym razem miał wię­cej szczę­ścia. Wyrwy w pło­cie aku­rat wspa­niale nada­wały się do tego, by dziecko mogło się po nich świet­nie wspi­nać. Kiedy wgra­mo­lił się na górę zoba­czył, że z zej­ściem już nie będzie miał tak łatwo, żad­nych wyrw, czy nawet wklę­sło­ści – Trudno, to tylko trzy metry – pomy­ślał. Prze­ło­żył jedną i drugą nogę i przy­trzy­mu­jąc się rękoma za koniec ścianki zawisł na moment, a następ­nie z impe­tem opadł w dół. Upa­dek nie nale­żał do przy­jem­nych. Rym­snął na bok, aż mu dech w pier­siach zaparło. Oddy­chał szybko jak rybka wycią­gnięta z akwa­rium. Po jakiejś minu­cie doszedł do sie­bie na tyle, by oce­nić straty. Nogi i ręce były całe jeśli nie liczyć wiel­kiego otar­cia na prze­gu­bie dłoni w miej­scu roze­rwa­nej kurtki. Pomy­ślał, że to nic i od tego się nie umiera, takie rze­czy są wli­czone w przy­godę i już! Kiedy usiadł posta­no­wił oce­nić straty w ple­caku. Kanapki to była jedna wielka mia­zga, bidon pękł, roz­le­wa­jąc wodę po tor­bie. Odrzu­cił go na bok, bo bar­dziej go inte­re­so­wało czy działa latarka, na szczę­ście ta była na cho­dzie, ale szybka chro­niąca żarówkę pękła. Co powie ojciec? Tym posta­no­wił mar­twić się póź­niej. Teraz wstał i poszedł w kie­runku budynku, od któ­rego dzie­liło go jakieś dwa­dzie­ścia metrów. Brzozy na­dal dawały ide­alne schro­nie­nie i co prawda lichą, ale zawsze jakąś ochronę od desz­czu. Tro­chę się odprę­żył i poma­sze­ro­wał dalej. Nagle lewą stopą potknął się o coś tak mocno, że znowu o mało co się nie prze­wró­cił. Cudem udało mu się utrzy­mać rów­no­wagę i psio­cząc pod nosem spraw­dził co to jest. Odgar­nął trawę, którą obro­sła ta rzecz. Chwy­cił kawa­łek drewna i wyszar­pał go z objęć natury. Nad­szarp­nięty zębem czasu krzyż robił pio­ru­nu­jące wra­że­nie. Marek podniósł głowę i wtedy je zoba­czył. Groby leżały nie­re­gu­lar­nie. To tu, to tam, przy­gar­nięte przez drzewa, które zda­wały się je przy­tu­lać. Dzieci, któ­rych ciała zna­la­zły tutaj ostatni spo­czy­nek nie mogły sobie wybrać pięk­niej­szej sce­ne­rii. Bez­i­mienne mogiły, były świa­dec­twem niespra­wiedliwości i bestial­stwa w świe­cie doro­słych. Uczy­nił znak krzyża i poszedł dalej. Teraz cze­kała go gor­sza prze­prawa…

Sta­nął na brzegu lasu, od szkoły dzie­liło go jakieś pięć metrów. Marian który poży­czył mu linę mówił, że na dole z tyłu budynku jest kotłow­nia, do któ­rej można się dostać przez szyb wen­ty­la­cyjny. Doro­sły się nią nie prze­ci­śnie… – ale Ty powi­nie­neś dać radę – powie­dział.

Chło­piec już widział kratkę wlotu. Tak bli­sko, był tak bli­sko celu, musi mu się udać. Pobiegł tak szybko na ile mu pozwa­lały krót­kie nogi. Dopadł ściany obej­rzał się za sie­bie i spraw­dził wlot. Prze­żarty właz był przy­twier­dzony, dostępu do celu bro­niły dwie śrubki. Wycią­gnął scy­zo­ryk i modlił się, by któ­ryś z noży­ków oka­zał się odpo­wiedni. Na szczę­ście wkręty nie sta­wiały zbyt­niego oporu i łatwo dały się odkrę­cić. Deli­kat­nie odło­żył meta­lową płytkę na bok i poświe­cił latarką w głąb meta­lo­wego tunelu. Marian miał rację, on się prze­ci­śnie, ale ple­cak będzie musiał pchać przed sobą. Wsu­nął go teraz do środka, zawa­hał się przez moment, a następ­nie wśli­zgnął się za ple­ca­kiem. Teraz już nie było odwrotu…

Wła­ści­wie to cie­szył się, że ple­cak pchał przed sobą. Bał się, a bagaż był swo­istą tarczą, która jak sobie dzie­cin­nie wyobra­żał miała go chro­nić od nie­bez­pie­czeństw. Torba posia­dała jesz­cze jedną nie­wąt­pliwą zaletę. Prze­tarła mu teren pozby­wa­jąc się po dro­dze kurzu i paję­czyn, któ­rych wła­ści­ciele umy­kali teraz przed świa­tłem latarki gdzie się da. Marek wzdry­gnął się, taka ilość czar­nego obrzy­dli­stwa nawet na nim robiła wra­że­nie, choć zawsze twier­dził, że pają­ków się nie boi. Teraz miał tro­chę trud­niej, droga…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Kogo widzę? — czytnik · opowiadania