Kogo widzę?
Trzynastoletni Marek nie przewidział, że jego niewinna zabawa, może go wpakować w prawdziwe kłopoty. Gdyby o tym wiedział, pewnie nigdy by się nie wybrał do pewnej szkoły
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
”Kogo widzę?” To wymagało praktyki, ale trzynastoletni Marek doszedł w tej zabawie do perfekcji.
--------------------------------------------------------------------------------
Pierwsze założenie było proste. Podejść niczego nieświadomego delikwenta tak sprytnie, by ten jak najdłużej się tego nie spodziewał, a następnie opisać w małym notesiku, kogo się widzi? Co robi? I jak się zachowuje? Marek wyobrażał sobie, że jest jak Sherlock Holmes, którego przygodami się wtedy zaczytywał.
Początkowo bawił się sam i nie zawsze z sukcesem. Czasem obserwowana osoba zbyt szybko go zauważyła. Zresztą nawet nie wiedziała, że bierze udział w jakiejś grze. Jednak kiedy wśród jego kolegów rozeszła się fama o nowej rozrywce, dzieciaki oszalały na jej punkcie.
– Widzę Cię! – ktoś zaklepywał.
– Nie to ja Cię zobaczyłem pierwszy! – krzyczał ktoś inny, zanim cokolwiek zdążył napisać.
Wielu było pokonanych, a zwycięzcą jak zwykle pozostawał Marek. Całe lato minęło dzieciakom na tej swoistej odskoczni od lekcji i nauki. Jednak jak to bywa z ambicjami, często dla jakiegoś delikwenta stają się zgubne i tak było w tym przypadku. Sekretny klub został szybko rozwiązany po tym, jak jedna z dziewczynek przegięła. Została odnaleziona przez księdza w konfesjonale. Jednak by oddać jej sprawiedliwość, nie zrobiła tego specjalnie, po prostu tak długo czekała na swoją ofiarę, że w końcu znudzona zasnęła. Przyciśnięta do muru przez „pasterza owieczek”, wsypała całą paczkę. Rodzice byli nieugięci. Te głupie psoty muszą się skończyć, owszem niech dzieci się bawią, ale w zwykłego chowanego i już! Jak to już? Jak to już?! Przecież to nie mogło się tak skończyć! Marek ograniczył wielkość grupy do minimum. Pozostali tylko najlepsi z najlepszych, Ci najbardziej zaufani. Nie będzie im się tu kręcić żadne barachło, przez które mają później tylko problemy! Zmienili też trochę zasady. Będą obserwować tylko członków grupy, a bawić się będą w specjalnie do tego wyznaczonych miejscach. I to było to!
Na początku doskonałą miejscówką do dokazywania, był mały lasek położony zaraz koło szkoły. Teren na tyle duży, by się w nim świetnie zabawić, a na tyle mały, by się w nim nie zgubić. Posiadał jeszcze jedną zaletę. Poprzewracane przez wiatr drzewa i dziury po korzeniach, które wspaniale nadawały się na kryjówki, To było idealne lokum. Nikomu nie przeszkadzały ich dzikie wrzaski, kiedy ktoś został odkryty. Jednak lato minęło, a temperatury na dworze nie zachęcały do obserwacji czegokolwiek poza ciepłym wnętrzem. Zabawa po domach nie przynosiła tyle emocji. Znało się każdy kąt domu kolegi i nie było mowy o żadnej tajemnicy. To trzeba było zmienić! – inaczej całą frajdę szlak by trafił! – jak to z uwielbieniem powtarzał Wojtek.
Nie wiadomo kto pierwszy rzucił hasło „szkoła”? To nie było ważne, bo bez szemrania wszyscy zaakceptowali tę nową ekscytującą kandydaturę na miejsce ich detektywistycznych eksperymentów. Sprawie dreszczyk emocji nadawał jeszcze jeden szczegół. To nie była zwykła szkoła. To była „Ta szkoła! „
”Ta szkoła” to był duży, trzy piętrowy budynek w kształcie litery „U”. Przed wojną mieściła się tu przędzalnia. Później miejscowi zmuszeni do pracy, szyli w niej mundury dla Luftwaffe i Wehrmachtu. Po 45 roku komuniści zrobili tu więzienie dla niepoprawnie politycznych. Nawet podobno było kilka straceń. Kiedy więźniów rozwieziono do innych aresztów, lub na Sybir. Budynek dostał inne przeznaczenie. Miał być szkołą z internatem dla dzieci umysłowo chorych. Jednak i ten pomysł nie wypalił. Po jakimś czasie okazało się, że to tylko przykrywka. Placówka zamiast przyjmować wychowanków pokrzywdzonych przez los. Pod swoim dachem przetrzymywała te, z którymi życie też lekko się nie obeszło, a państwo w domach dziecka nie potrafiło sobie poradzić. Poprawczak stał się swoistym gettem, stamtąd się nie wychodziło. Krążyły legendy o tym, co się dzieje w środku. Małe groby na tyłach budynku miały o tym dobitnie świadczyć. Po upadku komunizmu wybuchł skandal, kiedy po samobójstwie jednego z wychowanków wyszło na jaw, jakie było jego prawdziwe przeznaczenie. Od tamtej pory szkoła stała pusta…
Po południu adepci nauk Sherlocka Holmesa spotkali się w domu Wojtka. Jego rodzice jak zwykle pracowali do późna, a on dysponował największym lokum. Kiedy pożarli wszystkie chipsy i wypili całą colę. Marek wystąpił na środek pokoju i zakomunikował.
– Dobra! Plan jest taki! Uderzamy na nasz cel w piątek po szkole!
– Dlaczego w piątek?! – zapytał Wojtek.
– To proste w sobotę i niedzielę rodzice zawsze coś od nas chcą. Posprzątaj swój pokój! Odrób lekcję! Babcia przyjeżdża! Nauczyłeś się na sprawdzian? – trajkotał jak karabin maszynowy.
– Co racja, to racja! – przyznali jak jeden mąż.
– Dlatego musimy teraz wszystko dobrze obmyślić. Tu nie ma miejsca na pomyłki. Co wiemy o samym budynku? – zapytał Marek z trudem ukrywając ekscytację. Czuł się jak na jednym z tych filmów wojennych, kiedy w sztabie główni bohaterowie przygotowują się do kolejnej akcji. I teraz nie potrafił, ani nie chciał ukryć, że już nie może się doczekać piątku.
– Szkoła to trzy piętra żelastwa i cegły – Janek wyłuszczył sprawę bez zbędnych ceregieli.
– To nie wszystko – powiedział Jurek – jest jeszcze dwupoziomowa piwnica, pod całym budynkiem.
– Skąd wiesz, że jest taka wielka?! – zapytał Marek.
– Mój pradziadek zaprojektował przędzalnie i odkąd pamiętam na każdym zjeździe rodzinnym dorośli zawsze o niej rozmawiali. Dziadek lubił wspominać o piwnicach, bo ich wybudowanie nie było takie łatwe!
– Dlaczego?! – krzyknęli razem.
– Bo budynek leży na podmokłych terenach. Podobno mieli dużo problemów z osuszeniem terenu, ale w końcu się udało – odpowiedział Jurek.
Tym razem Wojtek nie wytrzymał i powiedział – Chrzanisz banialuki! To nie może być takie duże?!
– Może być i jest! A Ty co boisz się?! – zadrwił Jurek.
– Ja się boję! Jaaa! Ja się niczego nie boję! Jednak myślałem o tym i uważam, że zabawa w tym miejscu to głupi pomysł. Jak uda nam się ominąć strażnika, który pilnuje terenu. I jakimś cudem dostaniemy się do środka. To jeszcze mogą na nas czekać inne niespodzianki!
– Jakie niespodzianki? – kpiąco zapytał Marek.
– No nie wiem. Ludzie gadają, że tam wszystko jest poniszczone. Szabrownicy nie próżnowali. Nie wiemy, co spotkamy w środku i...– tu Wojtek zawiesił głos – są duchy – cicho dokończył i spuścił wzrok, bo zabrakło mu odwagi, by spojrzeć w oczy kolegom.
– Ha ha nasz mały Wojtuś boi się duchów! Możesz zostać z mamusią, niech Ci zrobi mleczko i podciera tyłek! – Marek nie miał litości dla kolegi.
– Jesteś taki mądry? A skąd wiesz, że ich tam nie ma?! – poniżony Wojtek piskliwym głosem, próbował ratować swój honor.
– Bo to tylko bajki na dobranoc dla maluchów! Wymysł ludzi, by trzymać się od tego miejsca z daleka. Takie gadanie nie może nam zepsuć dobrej zabawy! Dlatego z Tobą, czy bez, my idziemy nie chłopaki?! – Marek pewny odpowiedzi skierował pytanie do pozostałych.
Tamci zapewnili o swojej lojalności, już z mniejszym entuzjazmem.
– Ej! No co Wy?! Przecież tam nic nie ma! Wojtek gada głupoty, będzie fajnie!
– Ja też coś o tym słyszałem – Janek niemrawo poruszył temat.
– Jurek, no weź chociaż Ty pokaż, że masz jaja!! – Marek obrócił się ku ostatniej desce ratunku. Jurek się nie odezwał, tylko zwiesił głowę i patrzył na swoje brudne buty.
– Dobra! – podniósł do góry rękę. Machnął nią na kumpli i kontynuował – widzę, że tu są sami tchórze! Idę stąd, nie chce mi się na Was patrzyć. Pobawcie się w kółko graniaste, albo coś!
– Weź nie wygłupiaj się, wiesz, że to nie zabawa?! – powiedział Wojtek.
– To jest i będzie zabawa! – Marek popatrzył na kolegów i dokończył – ale bez Was!
– Co za gnojki! Głupie gnojki podszyte strachem! – Marek nie mógł jeszcze uwierzyć w to, co usłyszał przed chwilą. Tak na nich liczył, a oni wystawili go do wiatru. Szedł szybko chodnikiem, kąpiąc ze złości kamienie i rozwalając kupy zagrabionych liści. Nie wiedział co ma zrobić, bez kolegów nie było zabawy. Dlatego po rozładowaniu energii, już nie był taki pewny, że nie będzie z nimi rozmawiał do końca życia. Jak na trzynastolatka przystało, za chwilę wpadł na inny genialny pomysł.
– Taaak! Tak! Dlaczego od razu o tym nie pomyślałem – w duchu robił sobie wyrzuty. Rozwiązanie było takie proste. Stanął jak wryty na środku chodnika i puknął się otwartą ręką w czoło.
– Pójdę tam! Pójdę tam sam i zbadam teren! Udowodnię tym tchórzom, że tam nic nie ma! Ha ha, ale później będą wytrzeszczać te głupie gały, gdy im o tym opowiem…
To trwało dwa dni, ale udało mu się przygotować skromny ekwipunek na eksplorację terenu na tyle, na ile to może zrobić dorastające dziecko. Jego plecak zawierał zwędzoną ojcu dużą latarkę i w duchu się modlił, by ten nie zdążył zauważyć braku sprzętu, zanim zwróci go na miejsce. Pomyślał o dodatkowych bateriach, które kupił za swoje zaskórniaki. Sześciometrową linę pożyczył od starszego kolegi. Właściwie nie wiedział do czego może mu się przydać, ale widział na filmach, że inni zawsze też tak robią, to nie mógł być gorszy. Podszedł do szafki i wyciągnął scyzoryk wielofunkcyjny, spadek po dziadku. Tak scyzoryk z pewnością mógł się przydać…
Czwartek okazał się jednym z tych dni, w które nawet psa na dwór się nie wyrzuca. Ciemno i ponuro, deszcz lał z taką siłą, że każdy przechodzień, który nawet posiadał parasol, czuł się tak, jakby wszedł pod rynnę.
-Trudno nie ma rady. Jak to mówią teraz albo nigdy – przekonywał się Marek.
Odczekał na moment aż za wychodzącym do pracy ojcem, zamkną się drzwi. Wtedy wstał z łóżka i poszedł do łazienki się umyć. Później z mokrą głową wkroczył do kuchni i przygotował sobie kanapki z serem. Do plastikowego bidonu nalał wodę prosto z kranu i był gotowy. Kiedy wyszedł z domu, chłód przeniknął jego drobne ciało. Kurtka przeciwdeszczowa była słabą ochroną. Wiatr raz po raz zrywał mu kaptur, aż w końcu przestał go naciągać na głowę i tak był mokry. Teraz pierwsze kroki skierował w przeciwnym kierunku niż miał w planach. Przebiegł kilka przecznic i skręcił w lewo na polną drogę. Szlak pod wpływem deszczu zamienił się w błotnistą breję, która oblepiała jego buty. Nie zwracał na to uwagi. Kiedy doszedł do celu zatrzymał się przy metalowej furtce. Mały cmentarz przywitał go ciszą, delikatnie popchnął furtkę, która zaskrzypiała. Wszedł pomiędzy groby i zatrzymał się przy jednym z nich.
Maria Dębska
ur. 1972 r. – zm. 2010 r
"Ukochana mama, żona i córka
Śpij w spokoju i czekaj na nas!"
Taki napis widniał na nagrobku. Marek spojrzał na słowa i coś go ścisnęło w gardle. Ręką zrzucił zabłąkane liście, które po wpływem deszczu przykleiły się do nagrobka. Następnie się wyprostował, szybko przeżegnał i powiedział.
– Cześć mamo, przychodzę Cię prosić o opiekę. Idę do tej szkoły – zawiesił na chwilę głos i szybko obejrzał się za ramię. Zobaczył, że nikogo nie ma i dalej kontynuował – wiem, że dzisiaj jestem na wagarach, ale obiecuję, że to pierwszy i ostatni raz! Muszę udowodnić kolegom, że się nie boję – jego głos zadźwięczał mniej pewnie – proszę Cię tylko o wsparcie, bo nie wiem, co tam zastanę! – słowa dziecięcej modlitwy płynęły w dal. Było w nich wszystko to, co może wyrazić osierocone dziecko. Strach, niepewność i bezsilność na los, który zgotowało mu okrutne życie. Postał jeszcze chwilę, nie zważając na płynący po twarzy deszcz, który teraz wymieszał się z jego łzami. Następnie znowu się przeżegnał, odwrócił się i nie oglądając się za siebie poszedł w kierunku szkoły. Teraz już się nie bał…
Jego „nieustraszone serce” straciło trochę animuszu, kiedy stanął jakieś dziesięć metrów od płotu otaczającego ceglaną fortecę. Ogromny ciemny i z zakratowanymi oknami budynek nawet podczas ładnej pogody wydawał się straszny, a co dopiero dzisiaj. Marek zawahał się przez moment, ale to była tylko chwila. Ściągnął plecak, poszperał trochę w środku i wyciągnął mały sekator, który mama używała do obcinania róż. Musiał uważać na strażnika, ale przy odrobinie szczęścia stary Wójcik grzeje teraz kości w przyczepie i ogląda film na małym telewizorze tranzystorowym. Psy wypuszczano dopiero na wieczór, a ich zagroda mieściła się blisko przyczepy, więc musi tylko uważać, by go nie zwęszyły. Zabrał ekwipunek i poszedł na tył budynku. Brzozowy lasek dawał niezłą ochronę. Próbował rozciąć metalowe ogrodzenie, co okazało się niewykonalne. Po tej porażce wpadł na lepszy pomysł, poszedł tam gdzie metalową siatkę, zastąpił betonowy mur nadszarpnięty zębem czasu. Tym razem miał więcej szczęścia. Wyrwy w płocie akurat wspaniale nadawały się do tego, by dziecko mogło się po nich świetnie wspinać. Kiedy wgramolił się na górę zobaczył, że z zejściem już nie będzie miał tak łatwo, żadnych wyrw, czy nawet wklęsłości – Trudno, to tylko trzy metry – pomyślał. Przełożył jedną i drugą nogę i przytrzymując się rękoma za koniec ścianki zawisł na moment, a następnie z impetem opadł w dół. Upadek nie należał do przyjemnych. Rymsnął na bok, aż mu dech w piersiach zaparło. Oddychał szybko jak rybka wyciągnięta z akwarium. Po jakiejś minucie doszedł do siebie na tyle, by ocenić straty. Nogi i ręce były całe jeśli nie liczyć wielkiego otarcia na przegubie dłoni w miejscu rozerwanej kurtki. Pomyślał, że to nic i od tego się nie umiera, takie rzeczy są wliczone w przygodę i już! Kiedy usiadł postanowił ocenić straty w plecaku. Kanapki to była jedna wielka miazga, bidon pękł, rozlewając wodę po torbie. Odrzucił go na bok, bo bardziej go interesowało czy działa latarka, na szczęście ta była na chodzie, ale szybka chroniąca żarówkę pękła. Co powie ojciec? Tym postanowił martwić się później. Teraz wstał i poszedł w kierunku budynku, od którego dzieliło go jakieś dwadzieścia metrów. Brzozy nadal dawały idealne schronienie i co prawda lichą, ale zawsze jakąś ochronę od deszczu. Trochę się odprężył i pomaszerował dalej. Nagle lewą stopą potknął się o coś tak mocno, że znowu o mało co się nie przewrócił. Cudem udało mu się utrzymać równowagę i psiocząc pod nosem sprawdził co to jest. Odgarnął trawę, którą obrosła ta rzecz. Chwycił kawałek drewna i wyszarpał go z objęć natury. Nadszarpnięty zębem czasu krzyż robił piorunujące wrażenie. Marek podniósł głowę i wtedy je zobaczył. Groby leżały nieregularnie. To tu, to tam, przygarnięte przez drzewa, które zdawały się je przytulać. Dzieci, których ciała znalazły tutaj ostatni spoczynek nie mogły sobie wybrać piękniejszej scenerii. Bezimienne mogiły, były świadectwem niesprawiedliwości i bestialstwa w świecie dorosłych. Uczynił znak krzyża i poszedł dalej. Teraz czekała go gorsza przeprawa…
Stanął na brzegu lasu, od szkoły dzieliło go jakieś pięć metrów. Marian który pożyczył mu linę mówił, że na dole z tyłu budynku jest kotłownia, do której można się dostać przez szyb wentylacyjny. Dorosły się nią nie przeciśnie… – ale Ty powinieneś dać radę – powiedział.
Chłopiec już widział kratkę wlotu. Tak blisko, był tak blisko celu, musi mu się udać. Pobiegł tak szybko na ile mu pozwalały krótkie nogi. Dopadł ściany obejrzał się za siebie i sprawdził wlot. Przeżarty właz był przytwierdzony, dostępu do celu broniły dwie śrubki. Wyciągnął scyzoryk i modlił się, by któryś z nożyków okazał się odpowiedni. Na szczęście wkręty nie stawiały zbytniego oporu i łatwo dały się odkręcić. Delikatnie odłożył metalową płytkę na bok i poświecił latarką w głąb metalowego tunelu. Marian miał rację, on się przeciśnie, ale plecak będzie musiał pchać przed sobą. Wsunął go teraz do środka, zawahał się przez moment, a następnie wślizgnął się za plecakiem. Teraz już nie było odwrotu…
Właściwie to cieszył się, że plecak pchał przed sobą. Bał się, a bagaż był swoistą tarczą, która jak sobie dziecinnie wyobrażał miała go chronić od niebezpieczeństw. Torba posiadała jeszcze jedną niewątpliwą zaletę. Przetarła mu teren pozbywając się po drodze kurzu i pajęczyn, których właściciele umykali teraz przed światłem latarki gdzie się da. Marek wzdrygnął się, taka ilość czarnego obrzydlistwa nawet na nim robiła wrażenie, choć zawsze twierdził, że pająków się nie boi. Teraz miał trochę trudniej, droga…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil doranna2
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…