Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 7 min czytania

Koniec drogi

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Koniec drogi

Żarówka dymi. Buja się i dymi. Czy żarówka może dymić? Nie wiem. Jakoś nie przyszło mi to wcześniej do głowy. A teraz? Teraz jakoś tak wszystko się pomieszało. Nie rozpoznaję już jawy, snu, moich, cudzych myśli, wrażeń. To jakiś cholerny koszmar. Spoglądam na moje ręce. To są moje ręce? Ich kształt coś mi przypomina, ale do końca pewien nie jestem. Boję się. Wtapiam się mocno we własne ciało, bo nie mam innego schronienia. Ale czy to doprawdy jest moje ciało? Mam wątpliwości. Jestem tu i nie ma mnie. Gubię się w szamotaninie zmysłów i halucynacji. Faluję.

*** A zaczynało się tak normalnie. Szedłem ulicą i próbowałem pogodzić się z własną odmiennością. Chciałem znaleźć coś dla siebie, coś stałego. Do tej pory wszystko rozpływało się w moich rękach, przed moimi oczami, wirowało w dzikim pędzie, a ja nic z tego nie rozumiałem. Podobno trzeba przez to przejść, by dorosnąć. Wtedy w to wątpiłem. Nie potrafiłem doszukać się w tym żadnej prawidłowości, żadnych stycznych z moją konstrukcją psycho-fizyczną. Cholera, ależ to było trudne. Coś jednak powtarzało w mojej głowie, że nie wolno mi już ignorować znaków, że nie mogę spieprzyć tego, co mnie, choć tak opornie, formowało. Cóż miałem do stracenia?

*** Miałem już serdecznie dość tego wszystkiego. Tego, co mnie otaczało, a raczej, bądźmy szczerzy, przytłaczało. Mania ograniczania przestrzeni – typowa „dolegliwość” zaburzonych nastolatków. Moja na pewno. Postanowiłem uciec. Choć na kilka dni wyrwać się z tego bagna. Nie wątpiłem przy tym, że w końcu i tak mnie znajdą, ale czułem, iż potrzebuję odetchnąć, zdystansować się do tej zdroworozsądkowej, skostniałej i dusznej rutyny, jaką starali mi się narzucić inni. Spakowałem więc plecak i ruszyłem przed siebie. Tak po prostu. Nie było ważne dokąd pójdę, co się stanie po drodze, chciałem jedynie zaznać odrobiny wolności. Niby banalne, ale widocznie nie byłem wolny od piętna przeciętności, choć wydawało mi się, że jest zupełnie inaczej. A jakże. Gdzieś tak na obrzeżach miasta czekali na mnie moi kumple. Wiedzieli, że coś się święci. Wyczuli to czy jak? Chcieli mnie kawałek odprowadzić, pogadać, dodać otuchy. Nawet się ucieszyłem. Przez kilka godzin będziemy razem, zbuntowani, silni, zjednoczeni. Ich też nie zaczną szukać tak szybko, zdążą wrócić. Potem zostanę już sam. Zresztą zobaczymy jak to się potoczy. Ważne by nie rezygnować z bycia sobą, nawet jeśli jest to tylko reakcja na próby zawłaszczenia naszej tożsamości przez wdzierającą się arogancko szablonowość. W pewnym wieku konfrontacja jest niezbędna. Dopiero później układność uwala zupełnie. No cóż... póki się tego nie wie, można jeszcze jakoś funkcjonować.

Moja paczka – Misiek, Rafa, Jolka i Ruda, starała się żartować, wiedząc jednocześnie, że coś się między nami kończy. Cholera, kilka miesięcy temu było nam razem tak beztrosko, zabawnie, żadne zmartwienia, różnice, nie wdzierały się między nas. A teraz co? Kończymy szkoły, choć to przecież prawdziwy cud, zważywszy na to, co wyprawialiśmy w niej i poza nią ( częściej jednak poza). Jeszcze parę tygodni i nasze drogi zupełnie się rozdzielą, każdy pójdzie w swoją stronę, może nawet na jakieś studia? Kto by przypuszczał? Po tych wszystkich wybrykach, niezadowolonych…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Koniec drogi — czytnik · opowiadania