Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Przyjaźń · 6 min czytania

Kopenhaga I

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Zapadał letni zmierzch nad Kopenhagą. Na zacienione uliczki opadał kurz; ostatnie promyki światła odbijały się w kryształowych żyrandolach na Zamku Królewskim. Setki stóp zmierzały w kierunku obranym przez ich właścicieli – do domów, do lokali na kolacje czy nocnych klubów. W najodleglejszym zakątku Ogrodu Botanicznego słońce jeszcze nie zaszło. Prześwitywało przez liście egzotycznych drzew – gigantycznej sekwoi lub azjatyckiego grabu. Na ławce, zupełnie nieosłoniętej od uroczego zachodu słońca, siedziała zaczytana dziewczyna. Na jej policzkach wykwitły rumieńce, a wzrok łapczywie sunął po tekście. Raz po raz przechodził ktoś przed nią – szurał po żwirowej dróżce, cykał zdjęcia lub głośno zachwycał się roślinnością, ale ona tego nie zauważała. Nagle jej wzrok spoczął na rozświetlonym niebie. Gładziła się po szyi z rozmarzonym wyrazem twarzy. Naraz zerwała się, szybko zamykając książkę. Włożyła ją do płóciennej torby, wsiadła na jasnozielony rower i pojechała ścieżką na południe. „Och, Luizo, znowu się spóźnisz” powtarzała sobie z wyrzutem stając na czerwonym świetle. Tuż koło niej, na czerwonym rowerze o niesamowicie cienkich kołach, siedział młody chłopak. Na nosie miał ciemne okulary słoneczne, a stopę, postawioną teraz na jezdni dla zachowania równowagi, obutą w sandała. Uśmiechnął się przyjaźnie, gdy Luiza na niego zerknęła. Zapaliło się zielone światło. Samochody i rowery ruszyły, rozjeżdżając się w swoje strony. Jasnozielony rower pognał na Sankt Peders Straede, a ekstrawagandzki czerwony na uliczkę Silkegade. Chłopak stwierdził, że do domu zostało mu jeszcze co najmniej kilkanaście minut jazdy i włożył do uszu słuchawki. Nie śpieszyło mu się wcale – na dzisiejszy wieczór niczego nie zaplanował. Niebo ciemniało nad nim, gdy skręcał w Pilestraede. Jeszcze zakręt i już był na miejscu. Zdjął słuchawki, złapał rower i wbiegł po schodach, mijając na chodniku dziewczynę w przewiewnej sukience. - Patrick! – rozległo się z okna. Dziewczyna rozejrzała się za głosem, a chłopak odkrzyknął coś na klatce schodowej. Wyjął z kieszeni klucze i wchodząc do mieszkania, oznajmił z krzykiem, że przecież już jest. Panienka w sukience ruszyła dalej szarą uliczką. Słońce już całkowicie się schowało i zaczął ją ogarniać nocny chłód. Przyśpieszyła kroku, aby dotrzeć do domu. Przeklinała się w myślach, że nie wzięła ze sobą sweterka. Kilka minut później stała przed drzwiami z numerem dwudziestym trzecim i uparcie dzwoniła. Klucza też zapomniała. Wtem drzwi otwarły się i pojawiła się w nich blond włosa kobieta w liliowych pantoflach i szlafroku. - Birgit, bałam się, że nie zdążę! – krzyknęła kobieta szybko przechodząc do sypialni. Na łóżku leżała mała czarna z liliowym wzorem przy dekolcie. - Jest piękna, nieprawdaż? Znalazłam ją dopiero dzisiaj, co by było, gdybym się nie wybrała na zakupy! Ta kolacja jest

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Kopenhaga I — czytnik · opowiadania