Filozofia · 4 min czytania
Koty z mojego podwórka
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Co mogłabym napisać? Młode urodziły się na wiosnę. Były śliczne, Wtedy nie wiedziałam, czy to chłopiec, czy dziewczynka. Ale zawsze cieszyłam się ich widokiem jak śmiesznie skaczą do gałązek wyrastających z krzewów. Nie tylko ja. Prawie cały blok dokarmiał te słodziaki. Gdy podrosły nadałam im nawet imiona. Cicia i Pieszczoch. Pieszczoch lubił się pieścić, jednak przez nieszczęśliwy wypadek stracił pół ogona. Dlatego moja sąsiadka nazywa go Ogonek. Od kotów można się było wiele nauczyć. Jak ludzie postępują wobec nich. Starej kocicy, matki młodych, już nie widuję, pewnie ma kolejny miot. Natomiast martwię się o Mohera. Tak, tak się nazywa. Przeżył wywózkę do Ząbkowic oddalonych o dwadzieścia kilometrów! Nie wiem od kiedy był na tym osiedlu, ale zawsze sobie jakoś radził, nawet po bójkach z innymi kotami. Udzielał się do zmarłej Bidulki, która miała niedowład łapki. Pamiętam jak go próbowała nią podrapać. Lubiłam patrzeć jak piękny, biały i pulchny kot wygrzewał się na słońcu. Wszystko się zmieniło przez małe. Nikt nie chciał by jadł, bo zabrakło by dla Cici i Pieszczocha oraz ich matki. Schudł po tych kilku miesiącach. Teraz nasz Moher wlecze się po ulicy przeganiany i niechciany. Z uroczego grubaska zrobił się brzydki chudzielec. Widać nawet żebra. Szkoda mi go, a idzie zima. Co teraz ten kociak pocznie? Stary, odepchnięty i bez dachu nad łebkiem... A co z matką małych? Nie lubiłam jej. Raz chciała mnie ugryźć. Chodzi między blokami, a skrótem do drogi krajowej nr osiem i mimo, że jest tylko kotem ma wzrok jakby każdy był wrogiem lub obojętną jej osobą. Tak jak…