Psychologia · 11 min czytania
Kres
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Niechęć – tak mógłbym najlepiej opisać stan umysłu, w którym znajdowałem się już od wielu miesięcy. Niechęć do wszystkiego. Na pewno nie można było nazwać tego nienawiścią, nie byłbym zdolny do jakichkolwiek żywych emocji, wypełniała mnie raczej milcząca obojętność. Dobrze czułem, że niepostrzeżenie pochwycił mnie w swoje szpony bezlitosny marazm: mnie – wielką, martwą za życia kukłę, usiłującą zgrabiałymi rękami ochronić blady płomyk swojego życia przed podmuchami lodowatego wichru. Mijały dni wypełnione szarą papką codzienności, którą to szarością zaraził się cały mój mózg i szybko zaczął przypominać trzęsącą się galaretę. Cóż z tego, że zdawałem sobie z tego sprawę – i tak nie potrafiłem przeciwstawić się pożerającemu mnie szaremu, milczącemu potworowi rutyny, mordercy ambicji i młodzieńczych planów. Nie mogłem tak dłużej żyć. Czułem odrazę do siebie, do świata, do nielicznych już ludzi, z których ścieżkami krzyżowały się moje codzienne drogi. Spacerowałem często po wielkim parku w okolicy, gdzie mieszkałem i przyglądałem się uradowanym twarzom, których właściciele biegali z uporem godnym lepszej sprawy to w jedną, to w drugą stronę. Nie wiedziałem, skąd mogli oni brać niewyczerpalne jak mi się wydawało zapasy energii i szczęścia, które emanowały z każdego jasnego oblicza próbując zarazić pogodnym nastrojem drzewa i niebo. Siadałem na brzegu rybnego stawu i spoglądałem na kółka pojawiające się od czasu do czasu na gładkiej powierzchni wody – jedyne znaki obecności jego milczących mieszkańców. Byłem, podobnie jak one, niemy, a przynajmniej tak się czułem, kiedy mijały dni, a ja nie mogłem i nie czułem potrzeby z nikim porozmawiać. Jak ostatni z ginącego gatunku na wymarłej ziemi, pozostawiony samemu sobie i próbujący zatrzymać odchodzące słońce wyciągając ramiona w geście godnej żałości rozpaczy. Przyszła do mnie niespodziewanie jak powiew świeżości zrodzony z pierwszego promienia wiosennego słońca, słaby jeszcze i wątły, lecz potężniejszy z każdym dniem. W dniu tym zrodziło się postanowienie i nic więcej, ale dla mnie pokreślało to całe dotychczasowe życie grubą kreską. Postanowiłem zaprosić ją do domu. Od długiego już czasu to ona była dla mnie kwintesencją kobiecości, obiektem moich westchnień i zbudzonych z zimowego snu marzeń. Wydawała mi się świeża jak źdźbła trawy nieśmiało wychylające się spod narzuty ponurego, szarego i brudnego śniegu ściskającego ziemię jak tyran, nie mogący pogodzić się z nieuchronnym odejściem i wciąż jeszcze straszny; to znów dojrzała tą piękną słodyczą, od której uginają się gałęzie jabłoni dźwigające wielkie czerwone jabłka, obsypane złotem i przypasane wstęgami błękitu. Nie mógłbym chyba nazwać miłością tego, co właśnie czułem, lecz na pewno była to przedziwna mieszanina fascynacji i fatalnego zauroczenia, każącego mi w jednym momencie zmieniać wszystkie moje życiowe decyzje i pojącego mnie nektarem nadziei. Do tego dnia przygotowywałem się przez cały listopad. Wyremontowałem swoje małe mieszkanie, kładąc jak zawsze dwie warstwy białej farby na pochyłych, pełnych bruzd ścianach i jedną na zwisającym z góry suficie. Dokładnie wybiłem z puszystego dywanu w salonie cały kurz i drobinki błota, oderwane od ciężkich butów, w których wracałem codziennie wieczorem zhańbiony pyłem mojej nienawistnej pracy. Kupiłem też nowy garnitur. Myślałem o dystyngowanej czerni, jednak ostatecznie zdecydowałem się na kolor grafitowy – trochę może cieplejszy, przypominający pomazane bohomazem cieni nocne niebo. Oprócz niej nie zaprosiłem nikogo innego. Dawno już straciłem przyjaciół i znajomych, odchodzących powoli w stronę swoich własnych pustelni i hojnie obdarowujących siebie nawzajem błogosławieństwem zapomnienia. Nie byli mi zresztą potrzebni. W przypływach czarnej rozpaczy zapominałem już nawet o pustce, jaką pozostawili po sobie – jak pozostawiona po wyrwanej cegle, ziejąca próżnią dziura. Wydawało mi się, że czekałem całe wieki zanim wreszcie nadszedł czas. Przez jeden długi miesiąc postarzałem się o kilka lat, obserwując w lustrze szare smugi na skroniach i głębię, wyzierającą z coraz bardziej widocznych bruzd na czole i policzkach. Pochylony wiekiem stawałem codzień do kieratu, jak przede mną i po mnie czynili galernicy, których niewolnicze życie przetykane było spojrzeniami gorącymi jak ogień, goniącymi tracony bezpowrotnie świat wolności. Rzeczywistość codziennie od nowa zakuwała mnie w dyby, jak mordercę wystawionego na publiczne upokorzenie dla gawiedzi, do której nie czułem ani uwielbienia, ani nawet pogardy. Tym razem jednak wracając z pracy nie czułem zmęczenia, jakby w moich żyłach płynął zmieszany z krwią energetyczny narkotyk. Czułem się zupełnie jak dziecko wracające ze świadectwem szkolnym do domu, wiedzące, że czeka je kilka tygodni odpoczynku i beztroskiej zabawy. Dla dziecka wakacje urastały do rangi krainy wiecznej szczęśliwości, ja zaś rozrzucałem po drodze cały swój bagaż wielu lat przygnębienia i beznadziei: spływały ulicą jak pokryta blaskami okolicznych latarni rzeka kryjąca w swoich ciemnych odmętach straszne tajemnice. Wiedziałem, że ona jest już u mnie i czeka na mój powrót. Gdy wszedłem do domu od razu…