Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Akcja · 14 min czytania

Krypta cz.1

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

...Siedząc w fotelu, wolno popijałem herbatę, kątem oka obserwując wolno zanikającą w powietrzu parę. Obserwowałem jak znika, równomiernie do utraty ciepła przez ciecz koloru słonecznego popołudnia, którego nabrała dzięki plastrowi cytryny. Lecz było to jedynie chwilowe zajęcie pozwalające na rozbudzenie zmęczonych oczu. Zmęczonych czytaniem, książki, która mnie nie nużyła, wręcz przeciwnie, coraz bardziej ciekawiła z każdą przeczytaną stroną. Czytałem ją jednak od dłuższej chwili, przez co mój umysł uległ uśpieniu, z którego starałem się go wyciągnąć by móc kontynuować lekturę. Postanowiłem, dlatego zrobić sobie herbatę, którą teraz z wolna popijałem. Mimo, że od tego zdarzenia minęła chwila, myślałem, co zrobić jeszcze, aby jednak nie usnąć i dowiedzieć się, na czym jest oparta intryga, wokół, której toczyła się cała akcja opowiadania. Historia zawarta w mej lekturze była tym bardziej interesująca, że jej tok rządzony był przez ironię losu, co raczej było rzadko spotykane w tego typu książkach. A więc rozglądałem się po pokoju w poszukiwaniu jakiegoś zajęcia, mój wzrok jednak nie padł na telewizorze gdyż nie chciałem zmiękczać swego umysłu a raczej pobudzić go do działania. Pomyślałem, że miło by było posłuchać jakiejś miłej dla ucha muzyki. Wstałem, więc kierując się w stronę radia, które stało na półce zaraz obok kilku książek, do których lubiłem sięgać w związku z emocjami, jakie we mnie wywoływały. Znajdował się wśród nich tom „Rozmyślań” Marka Aureliusza-wybitnego stoika, wiersze Leopolda Staffa oraz wiele innych dzieł z różnych epok i gatunków literackich. Tym razem jednak nie miałem ochoty na przyglądanie się im nawet na chwilę. W momencie, gdy włączyłem radio mym uszom objawił się dźwięk, którego tak bardzo teraz pragnęły, otóż była to „Sonata B- moll op. 35” Fryderyka Chopina. Sonata o charakterze monumentalnego dramatu. Dzięki niej zapominałem o bożym świecie, wpadając w bezdenną toń myśli i marzeń. Nie zauważyłem, że drzwi od pokoju, w którym się znajdowałem po cichu się uchyliły i gdy ja pozwalałem się porwać muzyce ktoś zakłócał moją samotność, moją prywatną ostoję. Nagle usłyszałem klaskanie wydobywające się z za moich pleców, a dokładnie z fotela, na którym przed chwilą siedziałem. Odwróciłem się zdenerwowany, że to moja pokojówka ponownie pozwoliła sobie na złamanie mojego zakazu by nie przeszkadzać mi, gdy oddaję się lekturze. Lecz to nie była ona. Na fotelu siedział nieznajomy mi mężczyzna, ubrany w garnitur szyty na miarę, w którym wyglądałby jak James Bond, gdyby nie żółte zęby iskrzące się w ironicznym uśmiechu. Jego twarz nie przypominała mi nikogo znajomego, zresztą wątpię żeby komukolwiek by kogoś przypomniała. Taką twarz można spotkać na każdej ulicy, każdego miasta. Opis tej osoby zamykał się w paru słowach: wysoki brunet, oczy koloru piwnego, dosyć dobrze zbudowany i...tyle. Jedyna rzecz, która go wyróżniała z tłumu to ten uśmiech, serdeczny i ordynarny zarazem, miły i złowieszczy. Gdy tak studiowałem fizjonomię tej imitacji Bonda Chopin kończył pokaz swych umiejętności. - Może pan usiądzie- przemówił mój „gość”, wskazując na fotel stojący naprzeciw tego, na którym siedział. - Chętnie- odpowiedziałem, zastanawiając się, kim jest- Czym mogę zawdzięczać tą niezapowiedzianą wizytę i kim pan w ogóle jest?- spytałem mając nadzieję, że uzyskam jakieś odpowiedzi na gnębiące me pytania. - Hm, wizytę tą zawdzięcza pan samemu sobie- mówił szczerząc te ohydne, żółte zęby- a to, kim jestem niech póki, co pozostanie tajemnicą, jeśli to panu nie przeszkadza. Było mi to w jak najmniejszym stopniu obojętne, ale postanowiłem nie odpowiadać na to pytanie, gdyż spod marynarki mojemu kompanowi wystawał wyraźnie pistolet, więc wolałem nie ryzykować by go nie urazić. Od emocji wywołanych zobaczeniem broni zaschło mi w ustach, nie miałem już jednak ochoty na herbatę, która zdążyła wystygnąć w oczekiwaniu na konsumpcję, która jednak została przerwana wizytą „Bonda”. W tym momencie myślałem raczej o czymś mocniejszym. Spojrzałem w stronę szafki, która pełniła rolę barku, a która była dosyć dobrze wyposażona w alkohol. - Czy nie będzie panu przeszkadzało, że zrobię sobie drinka? A może ma pan również ochotę na coś mocniejszego?- spytałem, wskazując na skupisko butelek stojących na szafce w otoczeniu szklanek i kieliszków różnego rodzaju. - Ja dziękuję, nie piję w pracy, ale jeżeli pan ma ochotę to bardzo proszę, nie będę powstrzymywał. „W pracy”? Ciekawe, co miał na myśli mówiąc praca? Mam nadzieję, że nie był jednym z tych fanatyków, którzy od dawna starali się mnie pozbyć, gdyż jak sami mówili uraziłem ich Boga, przez co wydał na mnie wyrok śmierci. W końcu było to dawno, nikt już nawet tego nie pamiętał. Nie zrobiłem wtedy nic złego, po prostu otworzyłem kryptę, w której według nich leżał mesjasz ich wiary. Przecież takie działania należą do mojej pracy, jestem przecież archeologiem. Jednak sprawa tego grobowca była naprawdę dziwna, od początku, gdy zaczęliśmy prace wydobywcze pojawiały się jakieś usterki, dziwne choroby, na które zapadali uczestnicy wyprawy. Najdziwniejsza była ta stara kobieta, która pojawiła się pewnego dnia w moim namiocie, bredząc coś o jakiejś klątwie, o śmierci niewiernych, no i oczywiście o zakłócaniu spokoju Boga. Zdziwiło mnie to, że ochrona ją przepuściła, przecież teren wykopalisk był zamknięty dla ludzi. Zaraz po jej wyjściu miałem iść ich z nimi porozmawiać, ale gdy wyszedłem z namiotu nikogo wokoło nie było, tak jakby znikła wtopiwszy się w dżunglę. Wtedy mnie to nie zastanawiało, bardziej byłem zmartwiony tym, co się wydarzyło później. - Powiedział pan „praca”, na czym ona polega, jeśli mogę wiedzieć?- powiedziałem wracając na swoje poprzednie miejsce ze szklaneczką whisky w ręce. - Profesorze. Niech pan nie będzie śmieszny, nie przyszedłem tu z panem rozmawiać o mojej pracy, a o pańskiej. Przecież zdaje pan sobie w pełni sprawę z powodu, dla którego tu jestem. Nie tracić niepotrzebnie czasu, więc jeśli byłby pan tak dobry proszę to oddać. - Oddać? Ale co? Przykro mi, ale nie rozumiem. - Zrozumie pan- powiedział sięgając do lewej kostki. Jak się okazało do nogi miał przyczepiony pokaźnej długości nóż, który nie wiem, kiedy znalazł się przy mej szyi. Nie rozumiałem z tego nic, prócz tego, że trafiłem na kogoś gorszego od tych fanatyków, którzy do tej pory mnie atakowali. Oni prawie nigdy nie sięgali po takie środki perswazji, a przynajmniej zawsze atakowali mnie w miejscach publicznych by pokazać światu wagę swojej misji i wielkość wiary. Ten osobnik różnił się od nich diametralnie. Siedziałem tak z nożem przy gardle, myśląc, że to już koniec. Lecz to nie był koniec, a dopiero początek, gdyż „Bond” odsunął nóż od mojej szyi i uderzył mnie w twarz z taką siłą, że aż spadłem oszołomiony z fotela. Leżałem tak przez chwilę obserwując swego oprawcę, gdyż teraz już mogłem tak go nazwać i czekając na jego następny krok. - Niech pan wstanie- wykrzyknął pełen gniewu- i przestanie udawać, że nie wie

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Krypta cz.1 — czytnik · opowiadania