Akcja · 6 min czytania
Kto ukradł flagę?
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Za potokiem, na polu namiotowym, które nazywało się "Piekło" rozbili obóz. Zapowiadało się pięknie lecz któż mógł przewidzieć, że bieszczadzkie niebo może być tak zdradliwe. Z małymi przerwami deszcz padał już trzecią dobę i chyba diabli musieli nadać tę płaczliwą aurę. Wezbrane wody potoku z hukiem pędziły w stronę Wołosatki. Wiatr targał płótnami namiotów, gwizdał, dmuchał, harcował i tańczył pospołu z deszczem. — Komu w taką pogodę chciałoby się włóczyć po nocy? — dumał Kwaśny, narzucając na plecy mokrą pelerynę, którą dostał od Bodzia. Była to jego pierwsza obozowa warta i z tego powodu wytężał wszystkie zmysły. Szum deszczu zagłuszał naturalne odgłosy nocy, a te, które dobiegały go od strony masztu, wydawały się jakieś dziwne. Wzdrygnął się gwałtownie i czujnie wyprostowany szeroko otworzył oczy. W świetle latarki ujrzał przy maszcie postać z siekierą. To strach sprawił, że stał jak skamieniały i nie potrafił wykonać żadnego ruchu. Nim jednak dobiegł do pagórka, złodzieje byli już daleko. Przy maszcie leżała kartka z krótkim tekstem. W zamian za flagę, nieznani sprawcy żądali okupu — sześciu półtoralitrowych butelek coca-coli. Pochmurny i zimny niedzielny poranek strącał z wierzchołków drzew kłębowiska mgieł. Komendant nie mógł opanować gniewu. Kiedy usłyszał o kradzieży flagi, paskudnie zaklął. — Nie wiem, jak to zrobicie, ale flaga musi się znaleźć! Tego dnia w obozie nie rozmawiano już o niczym innym, kłócąc się, kto zawinił. Przed południem przejaśniło się i na niebie pokazało się dawno nie widziane słońce. Harcerze siedzący nad strumieniem, próbowali się jakoś usprawiedliwiać. — Wszystkiemu winien ten deszcz! — twierdził Kwaśny. Klakson, który feralnej nocy również pilnował obozu, położył się na trawie i natarczywie wpatrywał się w niebo, jakby tam znajdowało się rozwiązanie ich problemów. Ciemne chmury odpływały na południe, odsłaniając bezkresny błękit. — A może by tak kupić kilka butelek coli, wypić, a potem nasikać do nich i zanieść złodziejom! — zaproponował. — Przestań takie bzdury wygadywać! — Kwaśny był zdegustowany. — Ciekawe, skąd weźmiesz pieniądze na kupno coli!?... — To, sam wymyśl coś mądrzejszego! — zakpił Klakson. — A może by tak przechytrzyć złodziei — wahał się Kwaśny — i zamiast coca-coli zanieść im kawę? — Posłuchajcie! — głos komendanta zabrzmiał rozstrzygająco. — To świetny pomysł. Ale zbyt niebezpieczny. Nie wiemy, kim są złodzieje i do czego są zdolni. — Niebezpieczny?! — zadrżał Bodzio. — Nic podobnego!.. — A mnie się wydaje — odezwał się milczący dotąd Słoń — że...eee... to jest pomysł na medal. Tyle tylko, że trzeba go trochę ulepszyć! Komendant porozumiewawczo spojrzał na Słonia i zabrał się ostro do dzieła. Wreszcie coś ciekawego zaczynało się dziać na tym deszczowym obozie. — Wszyscy nie muszą biec do Ustrzyk. Grunt to podział pracy, panowie! Jarek i Mirmił pójdą na zwiad do miasteczka. Bodzio przyniesie z