Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 7 min czytania

Kupido

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

I

Przyglądam mu się z ukrycia. Chcę go dopaść. Jestem zdecydowany, nie zawaham się. Z początku był bardzo Homerowy, nierzeczywisty, ulotny, wyrosły z tęsknoty, a teraz chcę, by skoczył mi na pierś, chwycił za szyję i dobył strzały.

Podkradam się. Staram się być niewidzialny, niesłyszalny. Jestem niczym snajper w pełnym kamuflażu. Przemieszczam się tak wolno, że oko ludzkie nie wychwytuje ruchu. Ale on nie jest człowiekiem, więc może jednak i ten trud jest daremny? Może powinienem rzucić się gwałtownie? Tak. Rzucam się. Wyciągam ręce przed siebie i lecę wprost na niego. On wzbija się lekko w powietrze, umyka. Osuwam się zły. Ręce mam pełne szorstkości ściany. Czuję ostre pieczenie, ale lekceważę to. Odwracam się i szukam go. Jest, widzę. Siedzi na gałęzi. Podchodzę do drzewa, wspinam się ze zwinnością niedołężnej małpy. Nie poddam się. Jestem zdeterminowany. Wchodzę na konar. Skradam się. Gałąź się ugina, zdradza moją obecność trzeszczeniem. On nie odwraca się. Poleruje grot strzały. Jest rozluźniony, spokojny, skupiony. To moja szansa. Zaskoczę go. Jest na wyciągnięcie ręki. Wyciągam. Tracę równowagę. Wiszę, klnę cicho. On siedzi, spokojnie, jak przyklejony, gałąź szaleje. Przesuwam się, wisząc, by chwycić za stopę. Już jestem, już blisko, już prawie, już. Sięgam… Rozkłada skrzydła, opada, stąpa lekko po chwili. Klnę. Zostawiam na pniu krew i pot. Idę za nim ciężko, dyszę. Nienawiść mam w oczach. Odwraca się. Mocuje strzałę, napina cięciwę. Mierzy we mnie. Zamieram.

— Nie chcesz — słyszę.

— Chcę — rzucam bez wahania.

— Nie. — Rozbraja łuk

— Chcę! — wrzeszczę.

— Nie.

— Gówno wiesz — warczę. — Strzelaj! Albo cię zabiję, gnido!

Wyciąga większą strzałę. Napina. Mierzy. Puszcza. Trafia. Przeszywa. Ból. Padam przejęty. Miało nie boleć!

II

Gdyby mi nie wypadła zapalniczka, gdybym się nie schylił po nią, gdybym jej w tej chwili nie potrzebował, gdybym nie miał ochoty zapalić, trafiłby mnie. Odwracam się do niego. Przygotowywał kolejną strzałę. Starannie umieszcza osadę na cięciwie, muska wzrokiem lotki, naciąga, celuje, wypuszcza. Uchylam się. Niewiele brakowało. Celuje w pierś. Oczy ma zimne, jest precyzyjny. Uciekać? Gdy się odwrócę, może trafić od tyłu. Zygzakowanie też może się nie sprawdzić. Schować się! Rozglądam się przed kolejną próbą. Rzucam się do bramy, zamknięte. Uchylam się i strzała wbija się w drewno. Biegnę do następnej bramy. Wszędzie domofony, nie wejdę. Odwracam się i cofam patrząc na niego. Coraz szybciej zaczynam iść tyłem. On stąpa lekko. Jest szybszy, może podlecieć blisko i znienacka. Uderzam plecami o ścianę kamienicy. Słyszę trzeszczenie naprężanego łuku. Kątem oka szukam drogi ucieczki. Skaczę w bok. Strzała rozrywa mi rękaw. Biegnę do przejścia na podwórze. Delikatny szelest skrzydeł za mną. Zaczajam się za rogiem ściany. Ciężko oddycham. bardziej z napięcia niż ze zmęczenia. Jest blisko. Napinam mięśnie, gotuję się do skoku. On wycofuje się, czując podstęp. Przechodzi pod drugą ścianę bramy. Łuk ma napięty, gotowy. Mierzy w ścianę, za którą jestem. Widzę jego cień. Nie ucieknę już. Muszę walczyć wręcz. Przykucam. On mierzy wyżej. Gdy jest już bardzo…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%