Horror · 5 min czytania
Las
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Północ. A ja muszę wracać z pracy. Na ulicach brak żywego ducha, tylko wiatr porusza martwe obiekty. To jakieś stare drzwi w przydrożnej stodole zaskrzypią, to uchylona furtka wydaje dźwięki jak z filmu grozy. Swobodne strugi deszczu spadają mi na ramiona i głowę, idę z pochyloną głową, szybkim krokiem. Chcę być jak najszybciej w domu. Dzisiaj piątek trzynastego. W mojej wsi krąży legenda o mężczyźnie, który przed laty zginął straszliwej burzy wracając do domu z pracy jak ja. Szedł przez ten sam las, do którego ja teraz wchodzę, ale to jedyna droga do mojej wioski. Mężczyzna ten, niewiele starszy ode mnie, został rażony piorunem. Rankiem znaleźli tylko jego buty i rękę, prawie zwęgloną, nigdy nie znaleźli reszty jego ciała. Ma on podobno przemierzać ten las w poszukiwaniu swojej ręki, a każdy kto w dniu poszukiwania wejdzie na jego teren staje się taki jak on. Dlatego też prawie biegnę, bo zbiera się na burzę, dlaczego akurat dzisiaj musiałam zostać po godzinach? Teraz, gdyby cokolwiek się przydarzyło nikt mi nie pomoże jestem w samym sercu lasu, zupełnie sama, nie licząc jego mieszkańców. Sowa obserwuje mnie z jednego z drzew głośno pohukując. Idę. W całkowitej ciszy, słyszę tylko szelest liści, tak złowieszczy, że mrozi moją krew w żyłach. Zaczynam zauważać w oddali jasne światła, ale do wsi, jeszcze daleko, znam tę drogę na pamięć, mimo że prawie pół drogi biegłam nie byłabym w stanie dotrzeć tak szybko. Próbuję zachować spokój, ale czuję, że moje serce ma ochotę wyskoczyć z mojej piersi, bije jak oszalałe. Wiatr się wzmaga, a deszcz jest coraz bardziej intensywny, za moimi plecami słyszę dźwięk padających na ziemię konarów, wiatr łamie gałąź za gałęzią. Już nie mogę biec, gdyż jest to zbyt niebezpieczne, prawie nic nie widzę, a w każdej chwili mogę przepaść przez złamany konar. Dochodzę do polany, tutaj na chwilę przystaje. Co dziwnego na niebie nie ma ani jednej chmury, jest czyste i pokryte mnóstwem gwiazd. Czeka mnie jeszcze co najmniej pół godziny marszu, więc nie wahając się ruszam w kierunku dalszej części lasu. Już nie pamiętam, w której części lasu przydarzył się ten wypadek, wydaje mi się, że w tej do której wchodzę. Pohukująca sowa wciąż mi towarzyszy, ale teraz jej pohukiwanie nie jest miłe, jest tak samo złowieszcze jak powiew wiatru. Idę patrząc pod nogi, nie chcę upaść, w pewnej chwili zauważam leżący na ziemi mały…