Inne · 3 min czytania
Le Joule
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Le Joule
Piękny, wiosenny dzień był błogosławieństwem danym nam przez Pana. W złocistej powłoce słonecznych promieni nieśmiało zieleniła się trawa, różowe pączki kwiatów rozkwitały, podobne do otwierającej się, maleńkiej dłoni niemowlęcia. Motyle zwane potocznie cytrynkami zataczały kręgi nad kwietnikami. Wraz z budzącym się do życia światem i my wylęgliśmy na ulice, z piwnic, komórek, strychów i poddaszy, jak niedźwiedzie przebudzone z zimowego snu rozciągając zastałe kości i stawy. Wylewaliśmy się z bram, rynków, szynkwasów, jak powodziowa fala. I jak powodziowa fala, nieśliśmy ze sobą wszelką zarazę i brud. Szliśmy krokiem równym, jak defilada, czy może jak defilady koślawe wynaturzenie. Każda twarz była bliska i znajoma, bowiem wszystkie nosiły to samo znamię. Ale te rozpoznawane z imienia trudno było poznać. Brzydły z każdym rokiem. Zwracaliśmy się do nich wiedzeni instynktem... lub zapachem, który także nasilał się z roku na rok. I z przerażeniem odkrywaliśmy, że nas także nie rozpoznawano.
Obudziłem się późno; noc była męcząca i długa. Poprzecierany koc słabo izolował od przenikliwego chłodu ciągnącego z wilgotnej posadzki. W powietrzu wciąż unosił się, choć nieco już zwietrzały, kwaśny odór moczu. Fakt, że był to mój własny mocz wcale nie zmniejszał smrodu. Obudziłem się późno, omal nie przypłacając tego spóźnieniem się na wymarsz. Zorientowawszy się w sytuacji, co przyszło mi niespodziewanie łatwo, rzuciłem się gwałtownie ku wyjściu, niewyraźnie…