Środowisko · 6 min czytania
Lepiej nie widzieć?
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Droga oznaczona kierunkowskazem „Wodospad Szklarki” początkowo wiedzie przez las, między smukłymi bukami o korze gładkiej jak atłas, a potem podąża łagodnym łukiem w dół i odsłania wijącą się w dole rzeczkę... Las jest wyjątkowo uporządkowany: drzewa stoją w układnych rzędach, wycięto zbędne krzewy. Ład niczym w miejskim parku. Tymczasem w dolinie rwetes nieokiełznanej Przyrody. Szklarka mknie wartko, przelewa się hałaśliwie po kamieniach i głazach, które co jakiś czas piętrzą się w wielkie skalne rumowiska, bądź tkwią pojedynczo – częściowo tylko zanurzone we wzburzonej kipieli. Słońce raz po raz zanurza w wodzie złote promienie, które rozpryskują się na mokrych kamieniach w tysiące kolorowych iskier. Na obu brzegach rzeki wielką gromadą przystanęły drzewa i krzewy; trwają tu w serdecznej komitywie, w bezładnym splątaniu, w zapamiętaniu wzajemnym. Liście buków pomieszane z igłami sosen i świerków, dęby w uściskach z modrzewiami, leszczyna wsparta na jarzębinie. Niektóre drzewa, zgięte jakąś okrutną nawałnicą w pół, topią w lodowatej wodzie swe potężne, pogrążone w powolnej agonii korony. Inne, rzucone wichurą w poprzek nurtu rzeki, niczym mosty czy kładki, łączą jeden brzeg z drugim.
Szum wody stopniowo narasta, ogromnieje, przeradza się w huk a potem w potężny grzmot. Woda spada rwącą spienioną burzawą w dół po kamiennych kaskadach, by ostatecznie wystrzelić gwałtownie białą skłębioną pianą spomiędzy głębokiej szczeliny o ostrych poszarpanych brzegach.
Trwamy wpatrzeni w szaleństwo wodnego żywiołu do chwili, gdy słońce, rzuciwszy ostatni złoty promień, przeciąga się sennie i chowa za linią wierzchołków najwyższych drzew. Powrót w dolinę znowu lasem. Nogi zmęczone całym dniem potykają się o wielkie głazy. Tymczasem ostatni odcinek szlaku wiedzie stromo w górę. Myśli układają się w mantrę: {i}Żeby wreszcie osiągnąć szczyt, żeby wreszcie było płasko, żeby wreszcie można było odpocząć!{/i}
Ostry przenikliwy krzyk dziecka, który niespodziewanie rozdziera przedwieczorną ciszę, poraża uszy. Oczy wyławiają wśród drzew sylwetkę chłopca. Ma jakieś dziewięć lat. Na pierwszy rzut oka w jego wyglądzie nie ma niczego szczególnego, zwraca uwagę jedynie skórzany pasek drapujący koszulę. Dziecko zwinnie biega między drzewami i wydaje z siebie przedziwne dźwięki: ni to krzyk rozpaczliwy, ni to nawoływanie… Zza drzew wyłaniają się kolejne postaci. W większości kobiece, ale także dwie męskie. Wszyscy ubrani na biało. Na tle mroczniejącego z wolna lasu wyglądają jak senne zjawy czy leśne nimfy. Postaci przybywa, kolejno wbiegają na wielki płaski głaz leżący między wysokimi sosnami. Nieoczekiwanie jedna z kobiet, niczym…