Inne · 7 min czytania
Lichwiarz
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Czy można mieć w życiu więcej niż zdoła się unieść? Oczywiście, że tak. Można nawet posiadać tak dużo, że ciężar tego co się ma staje się tak wielki - wręcz nie do utrzymania - że wgniata człowieka w ziemię, coraz głębiej i głębiej, na sam dół… do piekła.
W pokoju migotało żółte, słabe światło rozlane przez blask świec stojących przy łóżku. W pomieszczeniu co chwila przewijali się jacyś ludzie i ich cienie. Półmrokowi towarzyszył szept i cichy szmer nocy kryjący się tuż za oknem. Na łóżku stojącym w rogu izby, leżała jakaś postać. Był to mężczyzna mający osiemdziesiąt siedem lat, siwy, o grubych brwiach, chudy, schorowany. Siły go już prawie opuściły i nieuchronnie zbliżał się kres jego dni. W pokoju prócz niego znajdowała się rodzina (chociaż przybyła w bardzo nie licznym gronie), najbliżsi współpracownicy, oraz jedna służąca. Wszyscy stali w milczeniu, spoglądając kolejno po sobie i od czasu do czasu na schorowanego starca.
-Po co tu przyszliście? – odezwał się w końcu staruszek, nie zadając sobie na tyle trudu, by przekręcić głowę i spojrzeć na kogokolwiek z tu obecnych. – Przyszliście po moje pieniądze… -Odpowiedział po chwili sam sobie – Nic nie dostaniecie, nic…
Nikt się nie odzywał. Wszyscy przecież dobrze znali tego jegomościa i zdawali sobie sprawę z tego, że dyskusja z nim – zwłaszcza gdy nie chodziło o żaden interes – nie ma sensu. Jego umysł znał tylko pieniądze i tylko w nie wierzył. Chociaż nie tylko w to… Wierzył też w przyjaźń i miłość, ale tylko w tą w stosunku do rzeczy materialnych.
Część z tu obecnych rzeczywiście miała nadzieję, na otrzymanie czegokolwiek z łaski tego niegodziwca, niektórzy zaś jak na przykład żona i syn, przyszli tu aby pożegnać kogoś bliskiego. Wszystkim było go jednak żal, jednym mniej, drugim więcej. On zaś nienawidził wszystkich tu obecnych. Jednych mniej, drugich bardziej... nawet żony i syna.
-Idźcie precz… - zaskrzeczał cichnącym coraz ardziej głosem. – Nie chcę nikogo widzieć.
Nie zamierzali mu się sprzeciwiać. Gdy wychodzili rzekł jeszcze do gosposi:
Część 22 / 2
–Przynieś mi tu garniec złotych monet.
Widać wolał złoto niż ludzi. Został sam, tak jak sobie tego życzył. Po chwili jeszcze tylko zjawiła się gosposia, która otrzymawszy od swej pani garniec pieniędzy przyniosła je do chorego.
-Nic nie ukradłaś po drodze złodziejko? – przywitał ją niezbyt mile. -Nic panie. -To wynoś się… precz.
Położyła garniec na stoliku w rogu izby. Wyszła. Zamknęła po cichu za sobą drzwi. Mrok pozostał w środku.
Przez chwilę stary leżał w milczeniu na łóżku i wodził wzrokiem po suficie, wymalowanym w przeróżne kolorowe wzroki - chociaż teraz, przy tak słabym świetle, wszystko pokryte było szarością. Potem spojrzał w stronę okien, ujrzał za nimi drzewa delikatnie kołyszące się na wietrze, później popatrzył jeszcze po całej izbie, aż w końcu zerknął w stronę drzwi, jakby spodziewał się, że ktoś przyjdzie. Lecz nikt nie nadchodził. Zwlekała z tym nawet sama śmierć…
-Gdzie się tak wyrywasz kochana? – rzekł nagle jakby sam do siebie. – Zostań jeszcze przez czas jakiś, czy warto się spieszyć?
Nikt nie odpowiadał, a stary wciąż coś bełkotał. Słabł z każdą chwilą, kręciło mu się w głowie, czuł, jak ciężkie staje się jego