Inne · 6 min czytania
Listopadowy wieczór
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Listopadowy wieczór
Niektóre podwórka obłażą co jakiś czas płatami kolejnych przeobrażeń szarości. Spotkać można jesienną szarzyznę pokrytą zielonym nalotem pleśni, wyblakłą patynę zeszłorocznej szarzyzny, zaś pod dachem obrywają się plastry wypłowiałej, wyprażonej słońcem, siwej szarości lata. Pod dominującą, stosunkowo młodą, atramentową szarością zmierzchu kryły się ponoć setki tonów, niezliczone odcienie, może i jakieś bujne i nadzwyczajnie abstrakcyjne szarości, wybuchające setkami wyobrażeń, za nimi zaś, doskrobać się można było absolutu szarości. Tego dnia, zanim niepewnie wykrzesały się chybotliwe płomienie latarni, ulicę zalała fala owej bujnie kwitnącej szarości, wychynął ten pokraczny cień zza bram podwórek gdzie gubił się cały dzień w zakamarkach klatek schodowych, karmiony chłodem przez rozłożyste, sunące płachty wiatru, które wydęły się teraz w postaci nieforemnych, ciemnych skrzydeł, w iluzorycznej formie burych zacieków rozmazanych po szklistej, brązowiejącej przestrzeni powietrza przecinanego krótkimi, niespokojnymi, gołębimi lotami z dachu na dach. Szalone zawirowania wzniecały mechate bałwany, ulotne postacie zrodzone z liści i kurzu, odrywające się od ziemi, zasłaniające chodniki kurtyną pyłu, która ospale rozmywała się ukazując umykające rozbłyski chowających się dziwnych ogników, odsłaniając wilgotny zaciek tajemniczej rzeczywistości tam, gdzie zaokrąglił się korytarz powietrzny. W sklepie brakowało igły, zagubiła się wśród wichru wpadających ramion i nóg spóźnionych klientów, umknęła wykorzystując wrzawę podniesionych głosów i zamieszanie jakie wznieciły rozpełzające się, srebrzyste punkciki gwoździ. Nie wiadomo, dlaczego właśnie ta jedyna igła przepadła w barwnych krainach sukien i materiałów, gdzie subiekci szukali jej wśród wzgórz i przepaści, przepadali na długie minuty w szafach, dziwnie pełzali po najwyższych półkach. Sklep z igłą był dwie przecznice stąd, za pustym placem, który mógł być okiem cyklonu, szczególnie, że po środku z wnętrza ziemi ziała głębia studni. Najpierw udali się pierwszy sprzedawca i drugi sprzedawca nie pamiętam z tego za wiele gdyż nieświadomie musiałem poszukiwać igły jakiś czas w małej szafie, gdzie zamiast niej był miniaturowy, mechaty od kurzu zegarek biegnący zdaje się dużo szybciej, włożony tam niewiadomo kiedy i w jakim celu. Gdy wypełzłem z pewną obawą, że przegapiłem cały wieczór, patrzyli na mnie ze zdziwieniem, jakby chcieli mnie nastraszyć a potem orzekli, że pierwszy sprzedawca nie wrócił a drugi zdaje się, że go przewiało i teraz gorączkuje i…