Romans · 6 min czytania
Lodowe słonce cz.III
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Tę dzielnicę pamiętał jeszcze z czasów, gdy był bardzo mały. Uciekł pierwszy raz z domu i zapuścił się w to siedlisko prostytutek, handlarzy narkotyków, ćpunów, pijaków i ogólnie całego marginesu społecznego. Nie trzeba chyba wspominać, jaki był wówczas przerażony na szczęście ludzie ojca zdążyli go wyśledzić i zabrać stamtąd nim ktoś zorientował się, że sześcioletni chłopiec ubrany w markowe ciuchy włóczy się zupełnie sam po dzielnicy o nienajlepszej opinii. „Hope Street”! Zabawna nazwa, ale pasująca do tego miejsca pozbawionego nadziei zupełnie lub wyłącznie nią żyjąca. Ponoć kiedyś była to wyjątkowo miła okolica z szeregiem białych domków o czerwonych dachach, zielonymi drzewkami i dziećmi bawiącymi się na ulicy. To musiała być BARDZO dawno temu.
Odczuwał pewien niepokój idąc tak bezceremonialnie główną aleją Hope z twarzą wyrażającą najwyższą pogardę, objawiający się mrowieniem na plecach i szybszym biciem serca, ale ignorował to. Jednak faktu, iż ktoś wyjątkowo pozbawiony dobrych zamiarów szarpnął go za kaptur zignorować już nie mógł, lecz nim zdążył pomyśleć leżał na ziemi z nosem przyciśniętą do betonu. Nad sobą słyszał głosy mówiące coś w nieznanym mu języku, a gdy umilkły poczuł, że napastnicy zaczynają zdzierać z niego kurtkę. Chciał się postawić, jednak dzięki temu zarobił silny cios w brzuch, a potem w głowę. A później… później stracił przytomność.
Like two strangers Turning into dust
*
Część 22 / 2
- Czy ja umarłem? – To była pierwsza rzecz, jaka przyszła mu do głowy, bo gdy otworzył oczy nie znajdował się już na Hope Street, lecz na ganku drewnianego domku. Lilli siedziała na schodkach, a letnia sukienka opinała jej okrągły brzuch. - Za bardzo się przejmujesz kochanie – powiedział i uśmiechnęła się do niego, a ręce jak zwykle w ciepłym geście ułożyła na rosnącym w jej łonie dziecku. - Mówisz? - Mówię. - Chyba nie mogłem umrzeć. - Dlaczego tak sądzisz? - Tylko w moich snach jesteś taka złośliwa. Ojciec mówił, że tak naprawdę byłaś aniołem. Co, co cię tak śmieszy? Dziewczyna potrząsnęła głową i przewróciła oczami. - Nic. Po prostu… miłość jest ślepa.
*
Czy ja umarłem? Znów to samo pytanie. Nie mógł nie żyć chyba, że znalazł się w Piekle, bo głowa i mięśnie bolały go niemiłosiernie. - Nie ruszaj się. Kto to powiedział? Nie dostrzegł nikogo. Właściwie to bez znaczenia, bo i tak nic nie widział. - Jesteś pewny, że nic mu nie będzie? – Nowy głos. Tym razem żeński. - Tak, to receptura Marka jeszcze mnie nie zawiodła. – Odparł ten pierwszy. - Spójrz na jego ubranie! – Wykrzyknęła nagle kobieta. - No fakt sporo krwi jak na takiego dzieciaka. Jakiej krwi? Jakiego dzieciaka? - Chodziło mi raczej o metki. - Kolejny rozpieszczony smarkacz z Grende – skwitował z niesmakiem męski głos – chociaż oni raczej trzymają się z dala od tego miejsca. Ten tu musiał być wyjątkowo zdesperowany albo się zgubił. - Ja go chyba skądś znam. - Ja też, ale nie przejmuj się to nic poważnego. Znów stracił przytomność. Obudziły go dopiero dzwony…