Inne · 4 min czytania
Louie
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
{b}Louie{/b}
Ona zawsze opowiadała kawały… takie, z których nikt się nie śmiał. Mnie bawiły. Ja… może chciałem, by tak było, chciałem, skoro tak mi się podobała nieobliczalna nieuchwytność jej uśmiechu… Czemu dziś tak mało ludzi? I wieje po nogach… Ona mówiła tak dużo, tak wiele niepotrzebnych słów, które jakby zaplątały się w czasoprzestrzeni, by przewrotnym przypadkiem trafić do jej ust. Ja słuchałem. Chciałem słuchać. Dlaczego to tak boli? Kolejne piwo. Przeszukuję kieszenie w poszukiwaniu drobnych. Barman, który od dłuższego czasu słuchał mnie jednym uchem, bardziej zaabsorbowany przyrządzaniem drinków wyraźnie się mną zainteresował… zapewne z obawy, że nie mam czym zapłacić. Ten lęk aż ścieka z jego gęby. Z nieukrywaną satysfakcją rzucam monety na stół. Jest ich więcej, niż się spodziewałem… starczy jeszcze na wiele piw i wiele, wiele słów… Drewno ciemnieje od wilgoci i chłodu. Skrobię paznokciem po nierównej powierzchni blatu. Ona… ona lubiła takie miejsca. Anonimowość w tłumie. Dym z papierosów i gwar. Kiedy procenty zaczynały krążyć w jej żyłach stawała się coraz bardziej gadatliwa. Absurdalny pozornie monolog nabierał niespodziewanie konkretnych kształtów iluzji, że coś na tym świecie może mieć jakikolwiek sens. Mimo późnej pory i nie ustającej na zewnątrz śnieżnej zamieci ludzi przybywa. Gdziekolwiek nie spojrzysz, wyławiasz zmęczone twarze; bolesną ich mnogość. Rozgoryczenie odcisnęło na rysach niezmywalne piętno, gorzkie jak piołun. Co my, przegrani, robimy tu, w tych przetartych jeansach, bazarowych swetrach, kraciastych, flanelowych koszulach robotniczych? Czyż nie powinniśmy być w domu, u boku zatopionych w miękkości fotela, szydełkujących żon, uspokajać leżące w łóżkach, przerażone wyciem wiatru dzieci? Dlaczego uciekamy przed snem, który ziścił się z naszej woli, by okazać się brutalną