Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 5 min czytania

Łucznik 7: Wampir Regis

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Była tam mała chatka otoczona palisadą. Chatka na wielkiej, drewnianej kurzej stopie. Do chatki prowadziły spiralne, zakręcone schody wokół podtrzymującego ją słupa. Wewnątrz wesoło błyskało światło kaganka i świec. Wokół palisady szczęśliwie tańcowała gromada około setki wieśniaków. Wesołymi ostrzami sulic, halabard i kos nazwać nie można było. Roztańczony wiatr pomiędzy koronami drzewostanów nieustannie wył pomiędzy żelazem, ludźmi i domkiem. Na tle świecącego jasno księżyca wesoło i smutnie zarazem widać było miesiąc. Pełnia. Czas wampirów, strzyg, wilkoczłeków, utopców i gryfów, jak powszechnie wiadomo. W małej chatce płakało dziecko. Nad szerokim, dębowym stołem, zdobionym tajemniczymi manuskryptami i symbolami nachylała się równie tajemnicza para. Oboje wyglądali jak poborcy podatkowi, z szpakowatym obliczem i sowim spojrzeniem. Bardzo przenikliwym. Garbaty nos nadawał mężczyźnie królewskiego oblicza, kształtną, choć podłużną twarz zdobiły opadające czarne wodorosty włosów. Kokieta była bardzo blada. Ale nie ze strachu. Nie bała się strzyg, wampirów, wieśniaków, wiatru, wilkołaków. Bała się pełni. Nadchodzi czas. Małe dziecko płakało. Zadzwonił wiekowy, stary, aż czarny zegar. Zgrzytnął żelazny mechanizm. Ding! Ding! Ding! Pełnia, czas księżyca. Ding! Ding! Ding! Księżyc, co rodzi i przeobraża nieżywe i martwe za dnia. Ding! Ding! Ding! Północ, czas prawdy. Stół rozświetlił się nienaturalnym, pozaziemskim światłem. Dziwny, hebanowy herb ożył: uwypuklił się, popłynęła w nim krew. Dziecko płakało. Miało takie same, czarne włosy i szpakowate oblicze. W przebłysku spazmów, pomiędzy topniejącymi zmarszczkami płaczu, spod warg wykwitały dwa, nienaturalne i pozaziemskie kły. Zbyt długie, jak na człowieka. Błysk w oczach, grzmot, burza idzie. Pełnia. Ding! Ding! Ding! Czas prawdy! Czas wampira. Mężczyzna podnosi stary pergamin, karty są żółte i poszarpane. Kobieta unosi rytualny, tradycyjny sztylet o zakrzywionym ostrzu. Mężczyzna rozpoczyna inkantację, modulując głosem, dziwnie współgrając z wiatrem na zewnątrz, akomodując się do rytmu serca herbu na ścianie. Ding! Ding! Ding! Kobieta unosi sztylet, jego ostrze niebezpiecznie przebłyska w promieniach palącego się kaganka. Czuć deszczem i ziołami. Jest noc, czas wampira. Pełnia. Sztylet delikatnie kreśli linię, zbyt małą by dostrzec gołym okiem, płynie strużka krwi, zbyt mała na posiłek. Ding!

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Łucznik 7: Wampir Regis — czytnik · opowiadania