Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

akcja · 9 min czytania

Mafia r.2

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

:>>> Na początek zapraszam do przeczytania części pierwszej! <<<:

Rozdział 2

Trochę poniewczasie zaczęłam analizować różne opcje ucieczki. Teraz miałam na to może ze trzy sekundy....

Za mną znajdował się śmietnik, zbir myszkujący po mieszkaniu i wielkie, czarne BMW czy inne cacko, które przywiozło tu kilku kolejnych bandziorów, a oni szybko by mnie dopadli, gdybym zdecydowała się obrać jako drogę ucieczki tamten kierunek. Z kolei na wprost miałam wylot uliczki zatarasowany prawie dwumetrowym gościem z wielką spluwą wciśniętą (jeszcze) za pasek spodni na brzuchu, z groźną miną, mówiącą, że marny mój los, jeśli dopadną mnie jego wielkie łapska.

Mogłam zrobić tylko jedno.

Szarpnęłam poły szlafroka, zrzucając go z siebie jednym ruchem, zaraz potem odpinając zręcznie zapięcie z przodu biustonosza i wypinając biust w kierunku napastnika, który znajdował się coraz bliżej mnie. Wprawdzie trochę małe te moje cycki, ale może jak je trochę uniosę i dodatkowo wciągnę brzuch…

Ooo, cudownie! Zbirowi poplątały się nogi i niewiele brakowało, żeby zaliczył glebę! W ostatniej chwili złapał równowagę, na szczęście widok mojego, praktycznie całkiem nagiego, ciała na tyle spowolnił jego ruchy (dodajmy do tego wytrzeszczone oczy i ślinotok), że nie zauważył zachodzącego go od lewej strony mężczyzny, trzymającego w uniesionej ręce szklaną butelkę. Zamachnął się, trafiając zbira w policzek. Już miałam zakląć, bo takie muśnięcie powala człowieka tylko na filmach, nie zaś w prawdziwym życiu, kiedy mężczyzna ponownie się zamachnął, tym razem nogą i trafił, mimo wszystko oszołomioną po poprzednim ciosie ofiarę, prosto w krocze.

- Wybacz, brachu – mruknął, z pewnością zupełnie odruchowo zakrywając dłonią swoje własne jajka.

- Przecież nie ty dostałeś – syknęłam, trzepnąwszy go w ramię.

- Wiesz, to się nazywa solidarność plemników.

- Kretyn – Odepchnęłam na boki jego ręce i szarpnęłam guziki kraciastej koszuli.

- Ej! - żachnął się, próbując mnie odepchnąć.

- Przestań, głąbie, nie widzisz, że jestem goła?! - Narzuciłam na siebie jego koszulę, która zakryła mnie do połowy ud, odszukałam porzucony gdzieś pod ścianą plecak i wybiegłam na ulicę, szybko zapominając o wijącym się z bólu osiłku.

- Odwal się ode mnie! – warknęłam, odtrącając rękę, która chwyciła mnie za ramię.

- Masz moją koszulę!

- Teraz cię to obchodzi?! Lepiej się gdzieś schowaj, zanim dopadną cię tamte typy spod ciemnej gwiazdy!

- Nie tylko mnie szukają!

- Czy ja rozmawiam z imbecylem? Skoro szukają naszej dwójki, to chyba lepiej się rozdzielić? Każde idzie w swoją stronę i voilà – pstryknęłam palcami – jesteśmy uratowani!

- Nie odejdę bez koszuli!

- Patrzcie państwo, jaki dzieciak! Nie odejdę bez koszuli – zakwiliłam, przedrzeźniając go. – Ok., no skoro tak ci na tym zależy, to… O, proszę! Zaraz sobie kupię jakieś porządne ciuchy! – powiedziałam na widok Lidla, który wyrósł nam nagle na drodze. Ruszyłam żwawo w stronę wejścia.

- Stój! – I znowu poczułam szarpnięcie. Jak Boga kocham, przypłacę to wielkim sińcem! Spiorunowałam wzrokiem mojego towarzysza, który i tak zmusił mnie do przykucnięcia za najbliższym koszem na śmieci (serio, znowu?!) i wskazał na coś palcem. Popatrzyłam we wskazanym kierunku i zamarłam na widok dwóch facetów. Jeden był szeroki w barach, nieco przysadzisty i łysawy, drugi chudy jak tyczka i lekko przygarbiony, mimo to było widać w jego ruchach jakąś taką lekkość i pewne… wyrafinowanie. Pierwszy był na pewno tym, który przeszukiwał wcześniej moje mieszkanie.

- Spadamy – oznajmił mój towarzysz. Tym razem dałam się pociągnąć za rękę i już ramię w ramię pokonywaliśmy kolejne uliczki, a ja tylko dziękowałam losowi, że nic mi się jeszcze nie wbiło w sto…

- Ał! Stój! Cholera! - zaklęłam, skacząc na jednej nodze. Obróciło mnie w miejscu i o mało znowu bym nie wrzasnęła, tym razem na widok ciemnej postaci wyłaniającej się zza zakrętu. Na szczęście Brunet też ją w porę zauważył i zanim zdążyłam choćby pisnąć, wziął mnie na ręce i wszedł ze mną do pierwszego z brzegu sklepu. I, o rany, co za szczęście! Wieszaki pełne ciuchów! Tylko że…

- Dasz radę…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%