Mafia r.2
Dalsze losy bohaterów części pierwszej. Czy uda im się zgubić pościg?
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
:>>> Na początek zapraszam do przeczytania części pierwszej! <<<:
Rozdział 2
Trochę poniewczasie zaczęłam analizować różne opcje ucieczki. Teraz miałam na to może ze trzy sekundy....
Za mną znajdował się śmietnik, zbir myszkujący po mieszkaniu i wielkie, czarne BMW czy inne cacko, które przywiozło tu kilku kolejnych bandziorów, a oni szybko by mnie dopadli, gdybym zdecydowała się obrać jako drogę ucieczki tamten kierunek. Z kolei na wprost miałam wylot uliczki zatarasowany prawie dwumetrowym gościem z wielką spluwą wciśniętą (jeszcze) za pasek spodni na brzuchu, z groźną miną, mówiącą, że marny mój los, jeśli dopadną mnie jego wielkie łapska.
Mogłam zrobić tylko jedno.
Szarpnęłam poły szlafroka, zrzucając go z siebie jednym ruchem, zaraz potem odpinając zręcznie zapięcie z przodu biustonosza i wypinając biust w kierunku napastnika, który znajdował się coraz bliżej mnie. Wprawdzie trochę małe te moje cycki, ale może jak je trochę uniosę i dodatkowo wciągnę brzuch…
Ooo, cudownie! Zbirowi poplątały się nogi i niewiele brakowało, żeby zaliczył glebę! W ostatniej chwili złapał równowagę, na szczęście widok mojego, praktycznie całkiem nagiego, ciała na tyle spowolnił jego ruchy (dodajmy do tego wytrzeszczone oczy i ślinotok), że nie zauważył zachodzącego go od lewej strony mężczyzny, trzymającego w uniesionej ręce szklaną butelkę. Zamachnął się, trafiając zbira w policzek. Już miałam zakląć, bo takie muśnięcie powala człowieka tylko na filmach, nie zaś w prawdziwym życiu, kiedy mężczyzna ponownie się zamachnął, tym razem nogą i trafił, mimo wszystko oszołomioną po poprzednim ciosie ofiarę, prosto w krocze.
- Wybacz, brachu – mruknął, z pewnością zupełnie odruchowo zakrywając dłonią swoje własne jajka.
- Przecież nie ty dostałeś – syknęłam, trzepnąwszy go w ramię.
- Wiesz, to się nazywa solidarność plemników.
- Kretyn – Odepchnęłam na boki jego ręce i szarpnęłam guziki kraciastej koszuli.
- Ej! - żachnął się, próbując mnie odepchnąć.
- Przestań, głąbie, nie widzisz, że jestem goła?! - Narzuciłam na siebie jego koszulę, która zakryła mnie do połowy ud, odszukałam porzucony gdzieś pod ścianą plecak i wybiegłam na ulicę, szybko zapominając o wijącym się z bólu osiłku.
- Odwal się ode mnie! – warknęłam, odtrącając rękę, która chwyciła mnie za ramię.
- Masz moją koszulę!
- Teraz cię to obchodzi?! Lepiej się gdzieś schowaj, zanim dopadną cię tamte typy spod ciemnej gwiazdy!
- Nie tylko mnie szukają!
- Czy ja rozmawiam z imbecylem? Skoro szukają naszej dwójki, to chyba lepiej się rozdzielić? Każde idzie w swoją stronę i voilà – pstryknęłam palcami – jesteśmy uratowani!
- Nie odejdę bez koszuli!
- Patrzcie państwo, jaki dzieciak! Nie odejdę bez koszuli – zakwiliłam, przedrzeźniając go. – Ok., no skoro tak ci na tym zależy, to… O, proszę! Zaraz sobie kupię jakieś porządne ciuchy! – powiedziałam na widok Lidla, który wyrósł nam nagle na drodze. Ruszyłam żwawo w stronę wejścia.
- Stój! – I znowu poczułam szarpnięcie. Jak Boga kocham, przypłacę to wielkim sińcem! Spiorunowałam wzrokiem mojego towarzysza, który i tak zmusił mnie do przykucnięcia za najbliższym koszem na śmieci (serio, znowu?!) i wskazał na coś palcem. Popatrzyłam we wskazanym kierunku i zamarłam na widok dwóch facetów. Jeden był szeroki w barach, nieco przysadzisty i łysawy, drugi chudy jak tyczka i lekko przygarbiony, mimo to było widać w jego ruchach jakąś taką lekkość i pewne… wyrafinowanie. Pierwszy był na pewno tym, który przeszukiwał wcześniej moje mieszkanie.
- Spadamy – oznajmił mój towarzysz. Tym razem dałam się pociągnąć za rękę i już ramię w ramię pokonywaliśmy kolejne uliczki, a ja tylko dziękowałam losowi, że nic mi się jeszcze nie wbiło w sto…
- Ał! Stój! Cholera! - zaklęłam, skacząc na jednej nodze. Obróciło mnie w miejscu i o mało znowu bym nie wrzasnęła, tym razem na widok ciemnej postaci wyłaniającej się zza zakrętu. Na szczęście Brunet też ją w porę zauważył i zanim zdążyłam choćby pisnąć, wziął mnie na ręce i wszedł ze mną do pierwszego z brzegu sklepu. I, o rany, co za szczęście! Wieszaki pełne ciuchów! Tylko że…
- Dasz radę…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Pestka11k
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…