Przyjaźń · 4 min czytania
Magic key
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
T-Kooz poczuł, że dzieje się z nim coś dziwnego. Powoli unosił się do góry, coraz wyżej aż w końcu znalazł się ponad barierką szpitalnego łóżka. Usłyszał niski, przeciągły dźwięk wydobywający się z aparatu przy łóżku. Spojrzał w tamtą stronę i ujrzał monitor z cienką, zieloną kreską. W tej samej chwili na monitor rzucił się T-Lik, niszcząc metalową obudowę i tłucząc szkło. Z policzka T-Bula poleciała łza. Oprócz nich w pokoju był jeszcze T-Mok i T-Lilka. Wszyscy oni są przyjaciółmi, a połączył ich w jedną paczkę właśnie T-Kooz. Stali na sali wpatrując się w T-Kooza który właśnie ich opuścił. Przed oczami przewijały się im sceny z wspólnych akcji i wypadów.
Na pogrzebie było mało osób. Sami przyjaciele. W przodzie stała czwórka kumpli, za nimi jakieś ciotki i wujkowie, sąsiedzi, w sumie koło dwudziestu osób. Nikt nie zwrócił uwagi na grubego mężczyznę w czarnym garniturze patrzącego na ciało T-Kooza z uśmieszkiem na twarzy. Gdy tylko pogrzeb sie zaczął ten oto mężczyzna odwrócił się, przeszedł wolno wąskie alejki i wsiadł do czarnej limuzyny. -Szczeniaki. Myślą że wszystko im wolno, że są wielcy i że mogą zaczynac z takimi jak ja. Hahahaha. Do domu.- powiedział do szofera.
T-Kooz patrzył na wszystkich z góry. Widział smutne twarze swojej T-paczki. Zastanawiał się, czy ktoś poza nimi żałuje, że go nie ma wśród nich. On zauważył tego mężczyznę, Travoltino. Zastanawiał się, czemu on jeszcze żyje. Z góry świat jest taki mały. Jeżeli po tej ziemi chodzą grube nogi tego oprycha, to on nie wie jaki jest sens istnienia tej planety. Leciał jeszcze wyżej i wyżej patrząc na swoje ciało złożone do trumny malejące w oddali.
Wszyscy byli razem na kolejnej akcji. T-Lilka…