Muzyka · 6 min czytania
Mandarynka
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
- AAAAAAAAAAAA! – krzyk, to było coś. Jak siedząca mucha na monitorze, jak skok z bangi, jak upadek, zielona trawa w czerwcu. Krzyczała. Głośno. Krzyk wkręcał się w uszy wszystkich ludzi wokół niej. A gdyby to był film- szyby na pewno by pękły. - Ale to nie jest film – szepnęłam, wcisnęłam się w najgłębszy kąt ławki i siedziałam cicho. Ruda głowa trzęsła się aż z przejęcia, fiołkowe oczy kryły strach, wydawałoby się że zaraz jakaś wewnętrzna siła je rozsadzi. STOP. Przestała. Cisza. Potem ja słyszałam tylko skrobanie mojego czarnego pióra. Kartka dotarła jakimś cudem na jej miejsce. „ Może spotkamy się dzisiaj w Bombaju?” napisałam ostrożnie. Nie słyszałam już krzyku nauczycielki i wrzawy, która wybuchła po tym wybryku. Ona też nie. Odwróciła swoją główkę w moją stronę i uśmiechając się cierpliwie skinęła głową. Wiem, że to może wydawać się nieprawdopodobne, ale wcale nie musiałyśmy się umawiać co do godziny. Po prostu- przyszłyśmy tam o tej samej porze i każda z nas wiedziała, ze to ta godzina. Dużo czasu spędziłam przed lustrem. Przecież jakoś musiałam wyglądać? Moja wymarzona przyjaciółka, do która wreszcie mnie zauważyła! Ścisnęłam mocno gumką moje ciemne włosy. Szara myszka. Nigdy! Wiedziałam jaka jest Emma. Jak mandarynka. Soczysta, piękna. Była także spontaniczna. A ja? Ja nie mogłam tak żyć. Spontaniczność cichnie, kiedy dochodzi choroba mamy, i to, że Anka nie umie liczyć, a zresztą… Tak czy siak siedzę po południu w domu sama, więc co innego mogę robić, jeśli nie pomagać Ance?... Miałam dość już dżinsów i swetrów. Dzisiaj chciałam włożyć coś innego… Coś podobnego do stylu Emmy. Ale ja nie dysponowałam taką ilością romantycznych, długich sukienek… Zawsze ubierała się po swojemu. Na dole szafy jakaś kratka. Wyciągnęłam ją. To była spódnica mamy w szkocką kratkę. Włożyłam. Zapinana na guziki czerwona bluzka, już dawno czekała. Na ramię bordowa torba. - Wychodzę – szepnęłam tak żeby nikt nie usłyszał. Żeby pusty dom nic nie słyszał. Idąc przez Kraków można dużo myśleć o ludziach. Na pewno więcej niż ja. Była zdolna myśleć wtedy: wszystko jest piękne! I podobała mi się nawet baba na rynku sprzedająca obwarzanki, ta która kiedyś się na mnie wydarła bo nie chciałam reklamówki. W drogeriach sprzedają piękne kobiety, na ciuchach spotkasz grube sprzedawczynie, lub takie które zatrzymały się w czasie. Markety- tam za kasą uwięzione zostały grzeczne Grażynki, Małgosie i Basie, z mężami przed telewizorami i głodnymi dziećmi w przedszkolach. Tak to się dzieli ten świat… Mnie można spotkać na ulicy, to jest moje miejsce, bo Krakowski rynek ma tyle ze mnie… Dochodzę do indyjskiej knajpy na Mikołajskiej. I proszę, na szczęście ona tam już siedzi. Nie wiem jak to jest czekać na kogoś, ale na pewno, nie życzę tego Mandarynce. Uśmiecha się z daleka. Mówi: - Siadaj! – zajęła nam stolik. Długo się zastanawia co wziąć na obiad. Lubię jej niezdecydowanie. Bo ja…