Inne · 7 min czytania
Maszyna
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Zapach kurzu zdawał się przesiąkać wszystko w starym laboratorium na poddaszu. Przez nieumyte okna sączyło się delikatne światło, Gładziło zniszczone meble, przyklejając się do niektórych. Zdawało się, że wystarczy spróbować a światło da się oderwać jak plaster. Pomieszczenie było wypełnione dziwnymi sprzętami, których przeznaczenia nie można było łatwo określić. Z całą pewnością były zrobione przez człowieka, który siedział skupiony nad czymś w rogu pomieszczenia, tam gdzie było najciemniej. Kurz wrósł w jego pomarszczoną i grubą jak u pomarańczy skórę. Wokół niego leżały porozrzucane notatki w języku, którego nikt z żyjących nie mógł zrozumieć, gdyż człowiek ten, tak dawno nie rozmawiał z nikim, że zapomniał znaczenia niektórych słów, które są oczywiste nawet dla małego dziecka. Stworzył za to setki, a nawet tysiące własnych określeń na to, co rodziło się w jego umyśle, co tworzył i widział. Prawie nie jadł, prawie nie pił. Nie spał, tylko od czasu do czasu drzemał nad notatkami, albo przy budowie jednej ze swych maszyn.
Jedynymi, wątłymi świadectwami jego obecności były miska, na której siostra zakonna z pobliskiego przytułku przynosiła mu jedzenie i którą on raz dziennie opróżniał oraz hałasy wydobywające się niekiedy z laboratorium.
Dzisiaj pracował nawet ciężej niż zwykle. Wiedział, że maszyna, którą konstruuje jest dziełem jego życia. Czymś, czego szukał nie tylko on, ale miliony ludzi, czymś, dzięki czemu będzie prawie równy bogu. Maszyna, która znała odpowiedz na każde pytanie. Już kilka razy w życiu był prawie pewien, że udało mu się stworzyć urządzenie, którego pragnął jedząc śniadanie, obiad, śpiąc, biegając czy oddychając. Jednak do tej pory, jego wynalazki okazywały się niedziałającym złomem. Jedna z poprzednich maszyn, w odpowiedzi na pytanie, kto naprawdę rządzi światem wyrzygała całe mnóstwo smarów i przestała reagować na cokolwiek. Inna na pytanie gdzie jest koniec świata, wystrzeliła w kierunku dumnego konstruktora grad kół zębatych, sprężyn i poskręcanych śrub.
Tym razem jednak już na pewno miało się udać tym bardziej, że czuł zbliżający się kres swoich ziemskich dni. Kaszel, który towarzyszył mu całe życie, skręcał teraz jego wysuszone ciało w pół rzucał na ziemie i nie pozwalał się podnieść przez kilkanaście minut. Jednak za drewnianymi okiennicami pory roku zmieniły się wiele razy, a maszyna ciągle nie była gotowa. Kaszel stawał się coraz bardziej dokuczliwy. Starzec przestał nawet dojadać skromne posiłki, które dostawał z przytułku. Ciągle pracował, skręcał, odkręcał, wycinał, spawał, wiercił, i poprawiał konstrukcję.
To był ostatni dzień lata. Słońce świeciło jeszcze wysoko, mimo to czuć było chłód nadchodzącej powoli jesieni. Powietrze stało się krnąbrne i nie chciało się już tak nagrzewać, jak jeszcze parę tygodni temu. Starzec dokręcał właśnie ostatnią śrubkę w maszynie. Śrubokręt trzymany w drżącej dłoni, co chwilę omykał mu się a jego ręka ocierała się i kaleczyła o wystające części. Mimo to pracował dalej jak w amoku.