fantastyka · 4 min czytania
Metemspychotyczne podróże van Yallit'iego
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Van Yallit wygodnie zasypiał w przepastnej przestrzeni bujanego fotela. Pragnął śnić, ale nie mógł. Wszystko działo się na jawie. W wiecznym teraz. Kiedy odczuwał zasychanie w gardle głośno pochrząkiwał. Jego mozolnie wymęczone szare komórki pamiętały każdą sekundę, przebyty metr, wypowiedziane słowa. Zapis trwał nieustannie. Burn van Yallit miał rozległe koneksje rodzinne. To pozwalało mu przebywać w jego paranoicznym świecie kiedy tylko chciał. W obliczu każdego leniwego poranka wpatrywał się w rodzinny herb. Herb był dziełem okazyjnym. Zdobył go Siemaszko Zdrowy broniąc jaśnie kanclerza w czasie niesłychanie morderczej bitwy. Przypłacił to częściową utratą zdrowia. Kopia czy też jakieś łaskawe ostrze topora sięgnęło trzewi Siemaszki i wydobyło wnętrzności jelitowe. Zobaczył to ocalały kanclerz i podarował sowicie włości oraz nadał godności przepisane prawem oraz herb. Burn patrzył z głębin fotela i zdawało mu się, że tamten świat nie tyle się nie skończył, nie tyle się powtarza, co nieustannie trwa, równolegle z jego światem. Długo nie mógł mieć zamkniętych powiek. Kiedy je zamykał widział tysiące kopistów piszących apokaliptyczne scenariusze. Ich umysły jakby bezwolnie starały się wyznaczyć koniec istniejącego świata. Burn natomiast go nie widział. Żył w prawdzie. Świat Burna to nie było nawet wieczne teraz, bo takich stanów nie można osiągnąć. Było o nieustanne trwanie, jakiś stan darowany mu, aby mógł coś dostrzec. Jeszcze nie wiedział co jaki to ma być rodzaj objawienia. Wiedział, że powinien zgodzić się na podróż. Długą