Filozofia · 24 min czytania
Mgła
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Mgła
Na sieni poniosło tupaniem. Gdy zaś te ustało, rozległ się dzwonek do drzwi i już wiedziałem, że z popołudniowej drzemki nici. Wygramoliłem się z łóżka, połknąłem po drodze trochę pasty do zębów, aby odświeżyć oddech (czort wie, kogo to niesie!) i otwarłem drzwi. Nadzieja na rzeczy nowe, migotliwe i pociągające znów okazała się być złudną. Jednakowoż – na pocieszenie – zapowiadała się niemała krotochwila, bo oto u moich drzwi stał Filip G. z uśmiechem bezdennie głupim i oczyma błyszczącymi jak w gorączce. Aha, i ręce (a były one cokolwiek koślawe) miał uniesione w tryumfalnym geście. W ogóle dziwacznie przedstawiała się jego powierzchowność. Chudy był jak Pan Jezus na krzyżu, a nosił się niczym osobliwa krzyżówka hipisa, Turka i menela. Włosów zdawał się nigdy nie obcinać i zawsze miał je w kompletnym rozgardiaszu, a mimo tego nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że zawsze mają dokładnie taką samą długość, jakby od lat po prostu mu nie rosły. -Gloria in excelsis Deo, w którego, dzięki Bogu, nie wierzę! – o, tak – czego by mu nie zarzucić, dla mnie był niekwestionowanym mistrzem paradoksu. -Wejdź... -O nie! To ty wychodzisz! – wyciągnął mnie z mieszkania. Stanąłem boso na zimnej posadzce klatki schodowej. -Filip, dajże mi ubrać buty! -Trzewiki kupimy po drodze. Chodź! Wyszliśmy na dwór, a dzień był ładny, choć chłodnawy. Gdyby pozwolono mi założyć palto i buty, niezwykle cieszyłbym się na tę przechadzkę, ale w tych okolicznościach nie byłem do niej przekonany. I nawet już pal licho przeziębienie, które niechybnie czekało mnie po takim wyjściu. Czymże jest przeziębienie, jeśli przyrównać je do oczu! Do spozierających i gardzących oczu przechodniów. I – gorzej – do spozierających, gardzących, a ponad wszystko mających rację oczu! Bo i nie można ukryć, że robiłem z siebie kompletnego durnia. I pomyśleć, że na taki wstyd narażał mnie Filip G. Ach, gdybyż przynajmniej Filip G.! Toż nawet nie on, tylko jego fanaberie, a jak fanaberie, to myśli, a jak myśli to już iluzja, a jak iluzja to – Boże broń – może nawet jakaś idea! I tak stałem ja, kpina z godności, w spranym podkoszulku a nieobuty za sprawą idei. Pomyślałem, że należą mi się jakieś wyjaśnienia: -Myślę, że należą mi się jakieś wyjaśnienia. -Ach, tak już, minutka – odpowiedział, rozglądając się w roztargnieniu. Poszperałem więc w zasobach moich min i ostentacyjnie przybrałem najodpowiedniejszą na tamtą okoliczność – obrażonej księżniczki. Skrzyżowałem ręce na piersiach i obróciłem się bokiem do Filipa G. Miałem czas, aby zlustrować przynajmniej moje bose stopy. No tak, sam platfus niezbyt apetyczny, ale przynajmniej coś mnie dzień wcześniej podkusiło, żeby poobcinać paznokcie. Z tego też powodu, w całym absurdzie sytuacji, poczułem pewien nikły (ale zawsze!) komfort psychiczny. Gdy tak dumałem odezwał się wreszcie Filip G. -Dobrosłowia! – a głos jego drżał w jakiejś śmiesznawej ekscytacji. – Dobrosłowia! Postanowiłem błyskotliwymi pytaniami pomóc mu w dojściu do meritum: -Co? -Dobrosłowia! Dobrosłowia! Są! -Co? -Są, są nareszcie! Dobrosłowia! Są już blisko! -Co? -Dobrosłowia! – powtarzał jak opętany, a cały czas naiwnie i radośnie błyszczały mu oczy i głową kiwał, jakby sam siebie, a nie mnie informował i sam sobie, nie mnie potwierdzał własne słowa. – Dobrosłowia! -G. – starałem się mówić powili i wyraźnie, aby na sekundę się opamiętał – co to są „dobrosłowia”? -Dobrosłowia! One raczą nas dobrymi słowami! Raczą! Dobrosłowia! Całe życie na nie czekaliśmy, zawsze czekamy, a teraz są – tutaj, blisko! Ja czuję, ja to czuję, że one są niedaleko! Dobrosłowia! Hejże, dobrosłowia! Ja wiem, ja wiem – złapał mnie za barki i krzyczał w twarz, a z ust czuć mu było wątróbką – teraz wystarczy tylko wyciągnąć rękę. One już są! Całe życie! Całe życie w znoju! Tarzając się – tu rzucił się na ziemię – w jałowym, suchym pyle. Spiekota ust, sól w ranach, sól w oczach! A teraz są dla nas – dobrosłowia. Całe życia, całe życia – zaszlochał, a ja miałem przemożną chęć zasadzić mu – będącemu na klęczkach – porządnie z buta za te rzewne przedstawienie. Ha! I w tym sęk (niech nikt nie pyta o tartak, bo mnie dobijecie!), że buta nie miałem. A że nie miałem, to tylko bardziej chciałem zasadzić (bo toż przez niego nie miałem!), a że chciałem zasadzić, to jeszcze bardziej nie miałem i tak wpadłem w wyżerającą pętlę, i jedno już tylko pozostało wyjście – rzucić się w to szaleństwo, aby obmyć zhańbione ciało w jego wodach. -Dobrosłowia! Hejże! – zakrzyknąłem. A choć wiem, że wówczas jeszcze wyraźnie dało się wyczuł nutę zafałszowania w moim głosie, to Filip G. uniósł twarz i spojrzał na mnie, a spojrzenie jego miało chyba być wotą i dziękczynieniem. I choć w istocie było gwoździem do trumny, przyjąłem je jak najcnotliwszy z dobroczyńców, czyli wdzięczność czując za wdzięczność okazaną i bez celebry. Pomogłem mu podnieść się z klęczek. Wstał, strzepnął kurz z ubrania, wyprostował się, dziarsko zaciągnął powietrzem, a twarz mu wyjaśniała. Trwało to jednak tylko krótką chwilę. I już od nowa zaczęło z nas uchodzić wszystko, co żywiołowe i spontaniczne, a wstąpiła w nas za to stagnacja i czułem, że tak trwać będziemy aż po wieczny czas, jeśli zaraz coś się nie wydarzy. -Przepraszam, czy mogę przeszkodzić? – wyrósł przed nami jegomość w kraciastym kaszkiecie i z gustowną apaszką pod szyją. – Przez przypadek podsłuchałem panów rozmowę – taaa, wcale mnie to nie zdziwiło, gdyż „rozmowa” posiadała wszelkie znamiona teatralnej tyrady. – Widzę mała zapaść się panom udzieliła, a tutaj Dobrosłowia czekają, ale mogą... – Zamyślił się, a potem dodał, pozostając w tym swoim zadumaniu, nie mniej aktorskim, niż poprzednia szarpanina Filipa G. z normalnością – Mogą umknąć... Ja jestem skłonny panom dopomóc. Ja jestem Malarzem – a tego swojego „Malarza” wyrzekł tak, jakby chciał nas nim rzucić sobie do stóp, ja jednak najchętniej bym na „Malarza” nasrał. I już – już miałem faktycznie gacie zdjąć, bo obłęd ma w końcu też pewne przywileje, gdy spostrzegłem, że chodnik wartko się przybliża, a wszystko wkoło gwałtownie rośnie i oto padłem na klęczki, a obok mnie jeszcze bogobojniej, na jeszcze bogobojniejszych klęczkach, klęczał Filip G. Wtem na głowie legła mi dłoń Malarza, a zapewne na głowie G. legła druga dłoń i usłyszeliśmy głos: -Powstańcie, bo nie jestem kimś, przed kim się klęka – no to ja chcę wstawać, a tutaj – figa – nie mogę, bo mnie ta jego łapa, łagodna, ojcowska, do podłoża przygważdża i puścić nie chce. No to ja intensywniej próbuję, ale łapa chyba z tonę waży, a choć niby swobodnie położona, to w kleszcze mi wzięła czaszkę i nic, i nic, tylko przygważdża i przygważdża. – Ja jestem wam równy, ja tak jak wy na Dobrosłowia czekałem, Dobrosłowii wyglądałem – ale wstać za diabła nie mogę i nie mogę, i choć prawi, żeśmy równi, to w dół prze i prze, i figa, i figa. – No, już, już – wstańcież – i jak nas nie szarpnie! Tak żeśmy powstali, że nas o mało nie wywróciło ponownie, tylko tym razem na łopatki. – No tak zaraz lepiej – a gdy to mówił, wyczułem w jego głosie cichą nadzieję, że zechcemy paść raz jeszcze, ale Filip G. zbyt gubił się w dosłowności, a ja ani myślałem przed tym – phi – Malarzem padać i już – już gacie miałem rozpinać, gdy zobaczyłem, że świat zaczyna nas mijać i zorientowałem się, że oto już nie stoimy, a z wolna się przemieszczamy. I naraz – objęło mnie – czule i przyjaźnie – ramię Malarza, a drugie tak samo objęło G. -Przejdźmy się nieco – zaproponował – jeśli oczywiście macie na to ochotę – ja nie miałem, a co! Spróbowałem się zatrzymać i znów doznałem zawodu. Ramię bowiem było jak spychacz i mimo, że kroczkami małymi i nieśpiesznymi, to gnało, ach, gnało mnie naprzód i naprzód! – A teraz, jak już tak sobie miło spacerujemy, mogę wam wyjaśnić, w jaki sposób można dotrzeć do Dobrosłowii. Ja nie ufałem mu za grosz i posłuchać tego chciałem primo: z ciekawości, secundo: z uwagi na moje nowo nabyte szaleństwo. Natomiast Filip G. – dałbym sobie rękę obciąć – wytężył słuch i serce zaczęło mu bić mocniej, kiedy Malarz kontynuował: -A więc droga do Dobrosłowii jest prosta. Owszem – pewnej ofiary wymaga, ale jest prosta. A wiedzie ona przez wyzwolenie. Tak, musicie się wyzwolić, by każdy osiągnął swoje Dobrosłowie – przybrał teraz pomnikopodobną pozę, a sylwetka jego wyrażać miała pewnie dumę, powagę i męstwo, albo inne takie dyrdymały. Fakt faktem, stała się dalece niedorzeczna, jak zawsze w takich razach. – Potrzeba wam uderzyć w formy, potrzeba wam babilońską wierzę zburzyć, aby własny swój pomnik wznieść na jej gruzach. Musicie grzmocić, co ustalone, gwałcić, co wyświęcone, a Mars będzie wam sojusznikiem! Hasta la victoria siempre! G. zapłakał ze wzruszenia, a we mnie wezbrała odwaga: -Co ty tu kur... Ała! – obcas solidnego pantofla bezlitośnie wgniótł mi się w palce bosej stopy. I już odechciało mi się buntu. -A teraz zaczniemy was wyzwalać – orzekł Malarz. No i zaczęliśmy. -Głową w górę, głową w górę! – mówił z pogardą – A kto, do cholery powiedział, że trzeba głową w górę? Dupa! Dupa! Nie trzeba. Wyzwolimy was od głową w górę! Tak, tak, nie dziękujcie, nie dziękujcie. – Filip G. był już tymczasem na klęczkach, a ja poczułem, że jego ogromna łapa spoczywa na moim ramieniu i niby tylko spoczywa, ale prze, prze i powoli, powoli kolana mi się uginają i kark pochyla, i oto znów przed nim padłem, a łapa przytwierdzała mnie do podłoża w sposób absolutny, że pomyślałem, iż tak już będzie na zawsze, że aż do końca będą już tylko klęczki i wyzwolenie, klęczki i wyzwolenie. Tymczasem mówił: - Wasz gest mnie wzrusza – i mocniej przygniótł. – Wzrusza, bo świadczy o tym, że już zrozumieliście – i mocniej przygniótł. – Zrozumieliście, że tylko wolności można ulec, bo tylko ona da wam dobrosłowia! – i mocniej przygniótł. A kiedy znowuż nas szarpnął, byśmy wstali, poprowadził naszą dwójkę przez park i przez miasto, i przywiódł wreszcie na jakieś podwórko, na którym już kiedyś byłem, lub nie. Nie ma to znaczenia, z tego względu, że nie różniło się ono niczym od dziesiątek innych podwórek w moim mieście. Chciałoby się teraz napisać: „ale były to tylko pozory, gdyż...”. Jednak nie można, bo to były fakty, nie pozory: chłopaki grali w piłkę, na murze widniały wulgarne napisy, sąsiadka wyglądała wścibsko przez okno, a kilku młokosów ćpało w zaparkowanym samochodzie. I był trzepak. Do tego też trzepaka przyprowadził nas Malarz. Powiada: -Wiecie, co to jest? -Trzepak – odparłem rzeczowo. -Trzepak! – obruszył się wyzwoliciel nasz, odkupiciel – Trzepak! Małostkowość! Maluczkość! Krótkowzroczność! Duchowa mielizna! Trzepak – phi! Milczałem, czekając, co znów wymyślił. -Jest to – mówił – nie jakiś tam „trzepak”, a narzędzie oswobodzenia waszego! Jest to kamień węgielny, krok milowy ku dobrosłowiom! Oto, na co patrzycie. Skrzyżowałem ręce na piersiach i ostentacyjnie ziewnąłem, aby wiedział, że mnie jeszcze nie przekabacił. Wtem coś mi się przypomniało – myśl czysta, idea żywa, z krwi i kości – już miałem rozpiąć gacie, żeby wreszcie nasrać, ale oto patrzę: Filip G. kroczy już w zachwycie, oniemiały ku odrapanemu trzepakowi i zaczyna czule gładzić metalowe rurki z nabożnością godną największego sacrum. Usłyszałem, jak usiłuje mamrotać w uwielbieniu: -To... to... ach... -Tak, tak, ja rozumiem. Ja wiem... – ozwał się głosem ciepłym i familiarnym Malarz – A ty? Nie weźmiesz przykładu z niego, przyjacielu? – Zwrócił się do mnie. No, niekoniecznie, pomyślałem sobie. Pomyślałem też, że szaleństwo nie musi oznaczać śmieszności. Aha, i jeszcze, że na „przyjaciela” chętnie bym nasrał. – No, ale my tu gadu, gadu, a…