Mgła
Rzuciłem się w jego szaleństwo, które już niebawem miało okazać się moim.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Mgła
Na sieni poniosło tupaniem. Gdy zaś te ustało, rozległ się dzwonek do drzwi i już wiedziałem, że z popołudniowej drzemki nici. Wygramoliłem się z łóżka, połknąłem po drodze trochę pasty do zębów, aby odświeżyć oddech (czort wie, kogo to niesie!) i otwarłem drzwi. Nadzieja na rzeczy nowe, migotliwe i pociągające znów okazała się być złudną. Jednakowoż – na pocieszenie – zapowiadała się niemała krotochwila, bo oto u moich drzwi stał Filip G. z uśmiechem bezdennie głupim i oczyma błyszczącymi jak w gorączce. Aha, i ręce (a były one cokolwiek koślawe) miał uniesione w tryumfalnym geście. W ogóle dziwacznie przedstawiała się jego powierzchowność. Chudy był jak Pan Jezus na krzyżu, a nosił się niczym osobliwa krzyżówka hipisa, Turka i menela. Włosów zdawał się nigdy nie obcinać i zawsze miał je w kompletnym rozgardiaszu, a mimo tego nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że zawsze mają dokładnie taką samą długość, jakby od lat po prostu mu nie rosły. -Gloria in excelsis Deo, w którego, dzięki Bogu, nie wierzę! – o, tak – czego by mu nie zarzucić, dla mnie był niekwestionowanym mistrzem paradoksu. -Wejdź... -O nie! To ty wychodzisz! – wyciągnął mnie z mieszkania. Stanąłem boso na zimnej posadzce klatki schodowej. -Filip, dajże mi ubrać buty! -Trzewiki kupimy po drodze. Chodź! Wyszliśmy na dwór, a dzień był ładny, choć chłodnawy. Gdyby pozwolono mi założyć palto i buty, niezwykle cieszyłbym się na tę przechadzkę, ale w tych okolicznościach nie byłem do niej przekonany. I nawet już pal licho przeziębienie, które niechybnie czekało mnie po takim wyjściu. Czymże jest przeziębienie, jeśli przyrównać je do oczu! Do spozierających i gardzących oczu przechodniów. I – gorzej – do spozierających, gardzących, a ponad wszystko mających rację oczu! Bo i nie można ukryć, że robiłem z siebie kompletnego durnia. I pomyśleć, że na taki wstyd narażał mnie Filip G. Ach, gdybyż przynajmniej Filip G.! Toż nawet nie on, tylko jego fanaberie, a jak fanaberie, to myśli, a jak myśli to już iluzja, a jak iluzja to – Boże broń – może nawet jakaś idea! I tak stałem ja, kpina z godności, w spranym podkoszulku a nieobuty za sprawą idei. Pomyślałem, że należą mi się jakieś wyjaśnienia: -Myślę, że należą mi się jakieś wyjaśnienia. -Ach, tak już, minutka – odpowiedział, rozglądając się w roztargnieniu. Poszperałem więc w zasobach moich min i ostentacyjnie przybrałem najodpowiedniejszą na tamtą okoliczność – obrażonej księżniczki. Skrzyżowałem ręce na piersiach i obróciłem się bokiem do Filipa G. Miałem czas, aby zlustrować przynajmniej moje bose stopy. No tak, sam platfus niezbyt apetyczny, ale przynajmniej coś mnie dzień wcześniej podkusiło, żeby poobcinać paznokcie. Z tego też powodu, w całym absurdzie sytuacji, poczułem pewien nikły (ale zawsze!) komfort psychiczny. Gdy tak dumałem odezwał się wreszcie Filip G. -Dobrosłowia! – a głos jego drżał w jakiejś śmiesznawej ekscytacji. – Dobrosłowia! Postanowiłem błyskotliwymi pytaniami pomóc mu w dojściu do meritum: -Co? -Dobrosłowia! Dobrosłowia! Są! -Co? -Są, są nareszcie! Dobrosłowia! Są już blisko! -Co? -Dobrosłowia! – powtarzał jak opętany, a cały czas naiwnie i radośnie błyszczały mu oczy i głową kiwał, jakby sam siebie, a nie mnie informował i sam sobie, nie mnie potwierdzał własne słowa. – Dobrosłowia! -G. – starałem się mówić powili i wyraźnie, aby na sekundę się opamiętał – co to są „dobrosłowia”? -Dobrosłowia! One raczą nas dobrymi słowami! Raczą! Dobrosłowia! Całe życie na nie czekaliśmy, zawsze czekamy, a teraz są – tutaj, blisko! Ja czuję, ja to czuję, że one są niedaleko! Dobrosłowia! Hejże, dobrosłowia! Ja wiem, ja wiem – złapał mnie za barki i krzyczał w twarz, a z ust czuć mu było wątróbką – teraz wystarczy tylko wyciągnąć rękę. One już są! Całe życie! Całe życie w znoju! Tarzając się – tu rzucił się na ziemię – w jałowym, suchym pyle. Spiekota ust, sól w ranach, sól w oczach! A teraz są dla nas – dobrosłowia. Całe życia, całe życia – zaszlochał, a ja miałem przemożną chęć zasadzić mu – będącemu na klęczkach – porządnie z buta za te rzewne przedstawienie. Ha! I w tym sęk (niech nikt nie pyta o tartak, bo mnie dobijecie!), że buta nie miałem. A że nie miałem, to tylko bardziej chciałem zasadzić (bo toż przez niego nie miałem!), a że chciałem zasadzić, to jeszcze bardziej nie miałem i tak wpadłem w wyżerającą pętlę, i jedno już tylko pozostało wyjście – rzucić się w to szaleństwo, aby obmyć zhańbione ciało w jego wodach. -Dobrosłowia! Hejże! – zakrzyknąłem. A choć wiem, że wówczas jeszcze wyraźnie dało się wyczuł nutę zafałszowania w moim głosie, to Filip G. uniósł twarz i spojrzał na mnie, a spojrzenie jego miało chyba być wotą i dziękczynieniem. I choć w istocie było gwoździem do trumny, przyjąłem je jak najcnotliwszy z dobroczyńców, czyli wdzięczność czując za wdzięczność okazaną i bez celebry. Pomogłem mu podnieść się z klęczek. Wstał, strzepnął kurz z ubrania, wyprostował się, dziarsko zaciągnął powietrzem, a twarz mu wyjaśniała. Trwało to jednak tylko krótką chwilę. I już od nowa zaczęło z nas uchodzić wszystko, co żywiołowe i spontaniczne, a wstąpiła w nas za to stagnacja i czułem, że tak trwać będziemy aż po wieczny czas, jeśli zaraz coś się nie wydarzy. -Przepraszam, czy mogę przeszkodzić? – wyrósł przed nami jegomość w kraciastym kaszkiecie i z gustowną apaszką pod szyją. – Przez przypadek podsłuchałem panów rozmowę – taaa, wcale mnie to nie zdziwiło, gdyż „rozmowa” posiadała wszelkie znamiona teatralnej tyrady. – Widzę mała zapaść się panom udzieliła, a tutaj Dobrosłowia czekają, ale mogą... – Zamyślił się, a potem dodał, pozostając w tym swoim zadumaniu, nie mniej aktorskim, niż poprzednia szarpanina Filipa G. z normalnością – Mogą umknąć... Ja jestem skłonny panom dopomóc. Ja jestem Malarzem – a tego swojego „Malarza” wyrzekł tak, jakby chciał nas nim rzucić sobie do stóp, ja jednak najchętniej bym na „Malarza” nasrał. I już – już miałem faktycznie gacie zdjąć, bo obłęd ma w końcu też pewne przywileje, gdy spostrzegłem, że chodnik wartko się przybliża, a wszystko wkoło gwałtownie rośnie i oto padłem na klęczki, a obok mnie jeszcze bogobojniej, na jeszcze bogobojniejszych klęczkach, klęczał Filip G. Wtem na głowie legła mi dłoń Malarza, a zapewne na głowie G. legła druga dłoń i usłyszeliśmy głos: -Powstańcie, bo nie jestem kimś, przed kim się klęka – no to ja chcę wstawać, a tutaj – figa – nie mogę, bo mnie ta jego łapa, łagodna, ojcowska, do podłoża przygważdża i puścić nie chce. No to ja intensywniej próbuję, ale łapa chyba z tonę waży, a choć niby swobodnie położona, to w kleszcze mi wzięła czaszkę i nic, i nic, tylko przygważdża i przygważdża. – Ja jestem wam równy, ja tak jak wy na Dobrosłowia czekałem, Dobrosłowii wyglądałem – ale wstać za diabła nie mogę i nie mogę, i choć prawi, żeśmy równi, to w dół prze i prze, i figa, i figa. – No, już, już – wstańcież – i jak nas nie szarpnie! Tak żeśmy powstali, że nas o mało nie wywróciło ponownie, tylko tym razem na łopatki. – No tak zaraz lepiej – a gdy to mówił, wyczułem w jego głosie cichą nadzieję, że zechcemy paść raz jeszcze, ale Filip G. zbyt gubił się w dosłowności, a ja ani myślałem przed tym – phi – Malarzem padać i już – już gacie miałem rozpinać, gdy zobaczyłem, że świat zaczyna nas mijać i zorientowałem się, że oto już nie stoimy, a z wolna się przemieszczamy. I naraz – objęło mnie – czule i przyjaźnie – ramię Malarza, a drugie tak samo objęło G. -Przejdźmy się nieco – zaproponował – jeśli oczywiście macie na to ochotę – ja nie miałem, a co! Spróbowałem się zatrzymać i znów doznałem zawodu. Ramię bowiem było jak spychacz i mimo, że kroczkami małymi i nieśpiesznymi, to gnało, ach, gnało mnie naprzód i naprzód! – A teraz, jak już tak sobie miło spacerujemy, mogę wam wyjaśnić, w jaki sposób można dotrzeć do Dobrosłowii. Ja nie ufałem mu za grosz i posłuchać tego chciałem primo: z ciekawości, secundo: z uwagi na moje nowo nabyte szaleństwo. Natomiast Filip G. – dałbym sobie rękę obciąć – wytężył słuch i serce zaczęło mu bić mocniej, kiedy Malarz kontynuował: -A więc droga do Dobrosłowii jest prosta. Owszem – pewnej ofiary wymaga, ale jest prosta. A wiedzie ona przez wyzwolenie. Tak, musicie się wyzwolić, by każdy osiągnął swoje Dobrosłowie – przybrał teraz pomnikopodobną pozę, a sylwetka jego wyrażać miała pewnie dumę, powagę i męstwo, albo inne takie dyrdymały. Fakt faktem, stała się dalece niedorzeczna, jak zawsze w takich razach. – Potrzeba wam uderzyć w formy, potrzeba wam babilońską wierzę zburzyć, aby własny swój pomnik wznieść na jej gruzach. Musicie grzmocić, co ustalone, gwałcić, co wyświęcone, a Mars będzie wam sojusznikiem! Hasta la victoria siempre! G. zapłakał ze wzruszenia, a we mnie wezbrała odwaga: -Co ty tu kur... Ała! – obcas solidnego pantofla bezlitośnie wgniótł mi się w palce bosej stopy. I już odechciało mi się buntu. -A teraz zaczniemy was wyzwalać – orzekł Malarz. No i zaczęliśmy. -Głową w górę, głową w górę! – mówił z pogardą – A kto, do cholery powiedział, że trzeba głową w górę? Dupa! Dupa! Nie trzeba. Wyzwolimy was od głową w górę! Tak, tak, nie dziękujcie, nie dziękujcie. – Filip G. był już tymczasem na klęczkach, a ja poczułem, że jego ogromna łapa spoczywa na moim ramieniu i niby tylko spoczywa, ale prze, prze i powoli, powoli kolana mi się uginają i kark pochyla, i oto znów przed nim padłem, a łapa przytwierdzała mnie do podłoża w sposób absolutny, że pomyślałem, iż tak już będzie na zawsze, że aż do końca będą już tylko klęczki i wyzwolenie, klęczki i wyzwolenie. Tymczasem mówił: - Wasz gest mnie wzrusza – i mocniej przygniótł. – Wzrusza, bo świadczy o tym, że już zrozumieliście – i mocniej przygniótł. – Zrozumieliście, że tylko wolności można ulec, bo tylko ona da wam dobrosłowia! – i mocniej przygniótł. A kiedy znowuż nas szarpnął, byśmy wstali, poprowadził naszą dwójkę przez park i przez miasto, i przywiódł wreszcie na jakieś podwórko, na którym już kiedyś byłem, lub nie. Nie ma to znaczenia, z tego względu, że nie różniło się ono niczym od dziesiątek innych podwórek w moim mieście. Chciałoby się teraz napisać: „ale były to tylko pozory, gdyż...”. Jednak nie można, bo to były fakty, nie pozory: chłopaki grali w piłkę, na murze widniały wulgarne napisy, sąsiadka wyglądała wścibsko przez okno, a kilku młokosów ćpało w zaparkowanym samochodzie. I był trzepak. Do tego też trzepaka przyprowadził nas Malarz. Powiada: -Wiecie, co to jest? -Trzepak – odparłem rzeczowo. -Trzepak! – obruszył się wyzwoliciel nasz, odkupiciel – Trzepak! Małostkowość! Maluczkość! Krótkowzroczność! Duchowa mielizna! Trzepak – phi! Milczałem, czekając, co znów wymyślił. -Jest to – mówił – nie jakiś tam „trzepak”, a narzędzie oswobodzenia waszego! Jest to kamień węgielny, krok milowy ku dobrosłowiom! Oto, na co patrzycie. Skrzyżowałem ręce na piersiach i ostentacyjnie ziewnąłem, aby wiedział, że mnie jeszcze nie przekabacił. Wtem coś mi się przypomniało – myśl czysta, idea żywa, z krwi i kości – już miałem rozpiąć gacie, żeby wreszcie nasrać, ale oto patrzę: Filip G. kroczy już w zachwycie, oniemiały ku odrapanemu trzepakowi i zaczyna czule gładzić metalowe rurki z nabożnością godną największego sacrum. Usłyszałem, jak usiłuje mamrotać w uwielbieniu: -To... to... ach... -Tak, tak, ja rozumiem. Ja wiem... – ozwał się głosem ciepłym i familiarnym Malarz – A ty? Nie weźmiesz przykładu z niego, przyjacielu? – Zwrócił się do mnie. No, niekoniecznie, pomyślałem sobie. Pomyślałem też, że szaleństwo nie musi oznaczać śmieszności. Aha, i jeszcze, że na „przyjaciela” chętnie bym nasrał. – No, ale my tu gadu, gadu, a…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Robin Goodfellow
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…