Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 8 min czytania

Miasto Słońca

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Nigdy nie wierzyłem w życie pozagrobowe. Kula rozbiła moją czaszkę, ból trwał ułamek sekundy. Spadałem. Przypomniałem sobie sny z dzieciństwa, te sny świadome, w których spada się z wysokiego budynku, a w momencie upadku budzi się z nich, z poczuciem, że właśnie wylądowało się na łóżku. Spadłem.

Obudziłem się w przedziale pociągu, dużym, większym niż w pociągach, które znałem. Pociąg przyśpieszał gwałtownie, za oknem panowała ciemność. Czułem się zadziwiająco spokojnie i naturalnie, zważywszy na to, że przed chwilą umarłem, a co do tego nie miałem wątpliwości. Na kanapie naprzeciw mnie leżała koperta. W środku list. "Witaj w Międzyświecie. Ten pociąg wiezie Cię do Miasta Słońca. Nazywam się Jan. Oczekuję Cię na peronie."

Wyglądałem za okno. Widziałem ciemne pola, w górze gwiazdy, część nieboskłonu była zakryta, bez punktów świetlnych. Starałem się poskładać fakty. Zginąłem podczas buntu w gułagowskiej kopalni złota na Workucie. Używając własnoręcznie zrobionych noży, próbowaliśmy przejąć kontrolę nad obozem. Zabiliśmy kilku strażników. Zdobyliśmy trochę broni. Stłumili nas. Dopadli mnie. To była egzekucja dla przykładu. Umarłem na klęczkach podczas apelu, przed stojącymi w szeregach innymi więźniami. Strzał w tył głowy. Ale, jak już wspomniałem, ból trwał tylko ułamek sekundy.

Na nieboskłonie pojawiła się łuna. Po jakimś czasie widoczne stały się odległe światła miasta. Śmierć. Spodziewałem się snu, ciemności, zniknięcia, na pewno nie pociągu. Zatem, czy istnieje piekło? Czy to niebo? Gdzie jest Bóg? W pociągu było ciepło i wygodnie. Okropności Workuty odpłynęły w senną przeszłość. Nieobecnie patrzyłem na miasto przesuwające się w oknie. Budynki były wielkie. Dworzec oświetlony gazowymi latarniami, na peronie tłum wysiadających i oczekujących. Jan okazał się być także zmarłym więźniem gułagu. Wysoki, chudy, w szynelu, odcinał się obozowym wyglądem od mieszkańców miasta.

Prowadził mnie ulicami Miasta Słońca. W całym mieście są sto czterdzieści cztery mosty, powiedział. A rozmeandrowana rzeka tworzy żywy organizm z mieszkańcami. Oglądałem brukowane ulice, olbrzymie kamienice i domy. Świątynie, kościoły. A więc Bóg. Spytałem Jana o Boga. - Och, poznasz ich - odpowiedział. - Ich? - zdziwiłem się. Przecież Bóg jest jeden. - Nie czytałeś Księgi Rodzaju? Bóg stworzył człowieka na swoje podobieństwo. Jako mężczyznę i kobietę. Pan i Pani. Poznasz ich jutro. - Czy to niebo? - Nie. - Piekło? - byłem zagubiony. - Nie. To Miasto Słońca.

U niego w mieszkaniu zasnąłem w pościeli pierwszy raz od czterech lat. To było jak zaśnięcie we śnie. Przypominając sobie nierealne obrazy z Miasta Słońca opadałem w jeszcze większą nierealność. Tak zasypia się w wysokiej gorączce w dzieciństwie - z jednego snu w drugi.

- Pójdziemy na spotkanie z nimi - oznajmił mi rano. Poszliśmy. Miasto zalane światłem poranka witało mnie od nowa. Przechodziliśmy kilkoma ze stu czterdziestu czterech mostów. Na ostrowiu wieńczonym przez katedrę zatrzymaliśmy się przed figurą duchownego wskazującego dłonią niebo. - Patrz - powiedział Jan. Spojrzałem. Postać wskazywała wielkie, dopiero co wzeszłe słońce. I było coś jeszcze. Bezchmurne błekitne niebo przesłonięte było gigantycznym, przesuwającym się powoli pasem cienia. - To piekło - wyjaśnił Jan - Oto Wąż. Jest większy od kontynentów, okrąża Ziemię goniąć swój własny ogon. W brzuchu niesie miliardy potępionych. Miażdżą się wzajemnie w wielkim ucisku, Wąż unosi ich w górę i z wielką prędkością zrzuca w dół, aby znowu unieść. Koszmarny diabelski młyn. To trwa eony. Lepiej nigdy nie istnieć, niż tam trafić. A to tylko pierwsze z piekieł, a są gorsze, dużo gorsze. Pan i Pani są okrutni dla nieposłusznych. Ale sam będziesz mógł się przekonać. Prowadzę Cię na sąd.

Nie zadrżałem. Chłodnym umysłem, beznamiętnie pojąłem, że sen o Mieście Słońca może się zmienić w koszmar.

Pan miał skórę niebieską. Pani

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%